"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej..."


Ryszard Kapuściński

Kenia

02/03.09.2010 Wiedeń -Kair-Dar Es Salam

Z Bielska wyjechaliśmy samochodem ok. 6:30 w Wiedniu byliśmy ok. 12:00. Zdążyliśmy się na spokojnie zorganizować się i dotrzeć na lotnisko. Wylot do Kairu o 15:30 liniami EgyptAir-polecamy, wyloty i przyloty bez opóźnień, smaczne jedzenie na pokładzie, żadnych zagubień bagaży. Kair podziwialiśmy z samolotu przy blasku zachodzącego słońca. Dopiero o 23:30 mieliśmy wylot do Dar es Salam, ale czas upłynął nam bardzo szybko.

Wysiadając na lotnisku w Tanzanii zorientowałam się że zostawiłam w samolocie książkę i poprosiłam obsługę lotniska o przyniesienie jej. Przyniesiono mi dwa razy po trzy książki ale żadna z nich nie była moją . Po godzinie czekania na książkę i następną godzinę spędzoną na wypisywaniu wniosków wizowych i czekania w kolejce na wizę (50$) wychodzimy z lotniska. Dar Es Salam powitało nas deszczem Zostaliśmy otoczeni przez taksówkarzy pokazujących nam oficjalny (wysoki) cennik za dowóz do ferry skąd odpływają promy na Zanzibar. Umówiliśmy się z jednym z nich na kurs za 15$. Jechaliśmy prawie dwie godziny, z czego większość staliśmy w gigantycznych korkach. Zdążyliśmy na prom o 9:30, który miał płynąc ok. 90 minut, w rezultacie trwało to 2,5 godziny.

Zanzibar również przywitał nas deszczem, na szczęście tylko przelotnym. Szukamy hotelu. Niestety nie mamy szczęścia do tych tańszych, gdyż wszystkie są zarezerwowane. W końcu znajdujemy Malindi Hotel położony niedaleko centrum (20$/pok. 2 osobowy ze śniadaniem) i zostajemy. Szybki prysznic i idziemy zobaczy słynne Stone Town. Oczywiście zachwycamy się nim od razu, kręte uliczki, stare domy z drewnianymi okiennicami i ogromne, zdobione masywne drzwi tworzą wyjątkowy klimat miasta. Nadal trwa Ramadan więc jedyny dostępny posiłek-frytki zabraliśmy do pokoju hotelowego. Od razu znaleźliśmy też targ z owocami i pysznymi małymi, słodkimi bananami, które w smaku w ogóle nie przypominają tych z Polski (albo raczej trzeba powiedzieć, że te w Polsce nie przypominają smaku prawdziwego banana ). W aptece kupiliśmy też coartem (10$/1 opakowanie)- tak na wszelki wypadek...

Wieczór spędzamy w centrum Stone Town w Forodhani Gardens nad samym morzem. Miasto zaczyna ożywać. Bryza wiejąca od morza ochładza powietrze a zachodzące słońce rozświetla ostatnimi promieniami spokojny ocean i liczne łódki. Za naszymi plecami, na niewielkim placyku rozstawiane są stoły, na których zaraz po zachodzie słońca rozpoczyna się kulinarna uczta przy lampach naftowych. Można zjeść grilowane mięsa, szaszłyki, banany pieczone, pizze, sałatki, owoce morza, ryby. Idziemy jeść... Na jutro jeszcze zamawiamy wycieczkę na Prison Island (20$/1 osobę).

Przykładowe ceny:

wycieczka na Prison Island: 20$/os (zawiera wstęp na wyspę)

prom Dar es Salam-Zanzibar: 35$/os

dala dala Stone Town-Jambiani: 2000 Tsh/os.

woda mineralna: od 900-1000 Tsh/but. 1,5 l

banany: 2000 Tsh/duża kiść

frytki: 1500 Tsh

sok z trzciny cukrowej: 500 Tsh

kilogram pomidorów: 700 Tsh

kilogram ogórków: 500 Tsh

04.09.2010. Stone Town - Zanzibar

Po śniadaniu w Malindi Hotel (jajka, tosty, owoce, herbata, kawa) płyniemy na Prison Island gdzie największą atrakcją są ogromne żółwie. Pierwsze z nich przywiezione zostały z Seszeli a najstarszy ma obecnie 185 lat.

Przyjeżdżamy w porze karmienia, można samemu spacerować pośród żółwi i karmić je-niesamowite przeżycie.

Następnie płyniemy snorklingować na rafie koralowej. Przed oczyma ukazują nam się przepiękne rośliny i kolorowe ryby. Pogoda jest cudowna a woda ciepła. Po powrocie do Stone Town idziemy na targ, który jest podzielony w zależności od asortymentu . Pod zadaszeniem znajduje się targ rybny, gdzie przywożone są świeże ryby, oprawiane i od razu sprzedawane. Przy jednym ze stoisk odbywa się nawet licytacja poszczególnych większych okazów. Dalej jest targ mięsny i targ z drobiem. Część żywych kur znajduje się w klatkach i koszach bambusowych, a cześć jest oprawiana. Na części z przyprawami kupujemy goździki z których słynie Zanzibar.

Nadal trwa Ramadan wszystkie knajpki są zamknięte, o 17:00 jesteśmy już tak głodni, że ratujemy się znowu frytkami które zabieramy do pokoju, żeby je zjeść. Wieczór spędzamy nad oceanem...

05.09.2010 Jambiani-Zanzibar

Rano jedziemy dala dala (jeden ze środków transportu na wyspie) do Jambiani (2000Tsh/os. ok. 1,5$). Wyjeżdżamy ok. 10:00 do Vanilla House dojeżdżamy ok. 12:00. Kolor oceanu od turkusu po różne odcienie błękitu zapiera dech w piersi. Pod stopami biały, drobny piaseczek a na oceanie mnóstwo małych, rybackich łódeczek. Jest cudownie. Od razu idziemy na spacer brzegiem oceanu i zbieramy ogromne muszle. Wieczór spędzamy na tarasie z widokiem na morze i delektujemy się ciszą , spokojem i szumem oceanu.

Vanilla House

Rano w Stone Town zaopatrzyliśmy się na targu w owoce i warzywa i chyba dobrze zrobiliśmy bo wracając przez wioskę do Vanilla House zauważyliśmy że są tylko małe sklepiki a wybór owoców nie jest zbyt duży, w Stone Town było też o wiele taniej. Turystów praktycznie nie widzimy żadnych dopiero zapuszczając się dalej plażą i dochodząc do kilku większych pensjonatów/bungalowów spotykamy kilkoro z nich.

Przykładowe ceny:

chapati: 200Tsh/szt.

woda: 1000 Tsh

dojazd do Jambiani ze Stone Town -ok. 55 km

Taxi z centrum miasta kosztuje -65 $,

taxi złapana na ulicy -35$,

autobus, który zabiera turystów z hoteli: 10$/os.,

dala-dala - 1,5$/os.

06.09.2010 Jambiani-Zanzibar

Rano wstajemy na spacer o wschodzie słońca. Plaża jest bardzo szeroka bo jest odpływ. Na piasku morze wyrzuciło mniejsze i większe muszle, kolorowe kamienie. Kraby przechadzają się po plaży uciekając pod naszymi stopami. Cała wioska już nie śpi. Dzieciaki siedzą na piasku i bawią się znalezionymi rzeczami, mężczyźni zajmują się swoimi łodziami (jeden z nich podkładał suche liście palmowe i opalał łódkę, wcześniej obłożywszy liny zmoczoną trawą i wodorostami), kobiety wychodzą głęboko w ocean na plantację trawy morskiej. Zbierają trawę do bambusowych koszy lub niosą ja w rękach na plaże. Potem rozkładają ją aby wyschła na słońcu. Sproszkowaną, wysuszoną trawę używa się m.in. do kosmetyków i lekarstw. Jeden z mężczyzn wracał z połowu z rybami oraz z wielką ośmiornicą, która jest przysmakiem na wyspach (grilowana w smaku przypomina mięso z kurczaka-naprawdę warto skosztować tego lokalnego przysmaku z ostrym sosem).

Wieczorny spacer zakończyliśmy powrotem przez wioskę, gdzie można obserwować spokojne życie mieszkańców. Mężczyźni siedzieli razem a kobiety rozpalały ogień i zaczynały gotować posiłek w wielkich, żeliwnych garach. Nawet trwa Ramadan więc pierwszy posiłek można zjeść dopiero po zachodzie słońca. Nawet w tej małej wiosce słychać głos muezina nawołującego do modlitwy.

Wzdłuż całego wybrzeża ciągną się liczne pensjonaty, lodge a przy nich restauracje (grilowane ryby od 8000 Tsh - 15000 Tsh, zupy 3000Tsh). W wiosce jest kilka małych sklepików, w których można kupić wodę, banany, papaje, arbuzy, pomidory, ogórki a nawet kosmetyki. Na plaży kobiety oferują masaże, malowanie henną a mężczyźni wycieczki do Jozani Forest (las zamieszkiwany przez rzadki gatunek małp czerwone colobusy), Kizimikaze (zatoka z delfinami). Nie jest to jednak namolne i można czuć się swobodnie.

Wioska wydaje się uśpiona, nikt się nie śpieszy, czas płynie wolno, jakby wszystko miało swój czas i swoje miejsce. Ciągle słyszy się charakterystyczne "pole pole" (powoli) i "hakuna matata" (nie martw się, wszystko w porządku). Nie ma tu głośniej muzyki i hałaśliwych imprez. Jambiani jest spokojne i egzotyczna, czasami aż trudno uwierzyć że jesteśmy w Afryce.

07.09.2010 Jambiani-Zanzibar

Rano poszliśmy na długi spacer pokonując ok. 10 kilometrów, wróciliśmy na śniadanie głodni jak wilki. Potem rozpoczęły się przygotowania do ślubu:

Dostałam bukiet z bugenwilli i liści palmowych

I magiczna chwila:

I krótka sesja:

Wieczór zakończyliśmy przy kolacji, po której rozpalono ognisko, przyjechali bębniarze. Siedzieliśmy wsłuchując się w dźwięki muzyki. Cały czas przychodzili mieszkańcy wioski. Dzieci tańczyły a mężczyźni dosiadali się do ogniska. Tak zakończył się nasz ślubny dzień.

więcej zdjęć tutaj:

http://www.slub.cyfrowefoto.net/exclusive_zanzibar.php

08.09.2010 Jambiani-Zanzibar

Wracając jak zwykle z porannego spaceru pocięliśmy sobie stopy na wystających małżach. Dzieciaki chodziły z koszami i zbierały małże i ślimaki. To nasz ostatni dzień w Jambiani. Jeszcze ostatnia kąpiel w oceanie i leniuchowanie na plaży. Wieczór spacer przez wioskę do ogromnego baobabu. Jutro wyruszamy dalej.

09/10.09.2010 Jambiani-Dar Es Salaam-Nairobi

Przed 12:00 poszliśmy do miejsca gdzie odjeżdża dala dala do Stone Town. Dala Dala przyjechał ale był tak pełny ze nie był w stanie zabrać nas ze sobą. Czekamy na następny o 12:30. Przed 13:00 okazało się że następny dala dala jest dopiero o 14:00 (Afryka!:-). Musieliśmy wynająć taxi (30$) żeby Grzesiek zdążył na swój prom o 16:00 .

Nasz prom odpływał o 22:00. Już ok. 20:30 wpuszczano na pokład całe tłumy czekających ludzi. Dostaliśmy pierwszą klasę, gdzie oprócz foteli i głośnej telewizji były też rozłożone na ziemi materace do spania. Od razu zasnęliśmy i obudziliśmy się przed 6:00 gdy prom wpływał do Dar Es Salam.

Tutaj kolejna niespodzianka nie ma już linii Scandinavian Express, a autobus do Nairobi pojechał o 6:00 rano. Jeden z policjantów wsadził nas do autobusu na dworzec Ubungo. Postanawiamy jechać do Mombasy a stamtąd nocnym autobusem do Nairobi. Na dworcu totalne zamieszanie. Każdy nas zaczepia. Okazuje się, że raz są bilety do Mombasy za chwilę już nie ma. W końcu udało nam się je dostać na 9:30 do Mombasy (50000Tsh). Droga z Dar do Tangi była w miarę dobra, natomiast od Tangi do granicy w zasadzie nie było żadnej drogi, zwykły żwir i to w dodatku z samymi dziurami. W międzyczasie wysłuchaliśmy godzinnej modlitwy puszczanej z meczetu oraz oglądnęliśmy na TV plazmowym sporo teledysków oraz historię Michaela Jacksona. W większości matatu w Kenii są mniejsze lub większe TV plazmonowe, na których puszczane są teledyski z muzyką afrykańską. Na granicy kupiliśmy wizę do Kenii (25$). Do Mombasy wjechaliśmy przed 19:00. Do Nairobi jest wiele połączeń, autobusy odjeżdżały o 20:00, 21:00, 21:30, a ostatni o 22:30.. Bilet do Nairobi kosztował 750 Ksh/os. (ceny wahają się między 600 a 1500Ksh w zależności od linii i klasy w autobusie, jest pierwsza i druga!). Droga niezbyt dobra uniemożliwiała w zasadzie jakikolwiek sen. Do Nairobi przyjechaliśmy już totalnie zmęczeni ok. 6:00 nad ranem.

Przykładowe ceny:

prom nocny Stone Town-Dar es Salam: 20$/os.

papaja: 500 Tsh/szt.

bilety Mombasa-Nairobi: 750 Tsh/os.

wiza kenijska: 25$

11.09.2010 Nairobi - Naivasha

Gdy dojechaliśmy do Nairobi, było jeszcze ciemno. Od razu znaleźliśmy matatu do Naivasha (niedaleko głównego dworca). Po drodze widzieliśmy zebry spacerujące niedaleko pobocza ulicy. Chcąc jechać do Parku trzeba się przesiąść w centrum Naivasha na inne matatu. W Naivasha wybraliśmy pieniądze w Barkley's Bank, zrobiliśmy zakupy w supermarkecie (bardzo dobrze zaopatrzony), na targu kupiliśmy owoce i warzywa i ok. 8:00 rano wsiedliśmy do matatu do Fisherman's Camp. Za namiot trzeba było zapłacić 1500 Ksh/2os., poszliśmy popytać w innych campach i zdecydowaliśmy się na drewniany domek (banda) w Top Camp (1800 Ksh). Pierwszą rzeczą była kąpiel (ciepła woda!) i pojechaliśmy zwiedzić Crater Lake Sanctuary. Trzeba wziąć matatu do skrzyżowania Syrian, potem złapaliśmy stopa.

Przed wejściem do parku wisi tabliczka, że wchodzi się na własne ryzyko, gdyż w parku są bawoły. Park jest rewelacyjny, pełno gazel, zebr, żyraf, można swobodnie spacerować i obserwować zwierzęta z niewielkiej odległości. Nie było praktycznie żadnych turystów, tylko parę aut. Usiedliśmy na trawie i po chwili otoczeni zostaliśmy przez pięć żyraf.

Strażnicy z parku podrzucili nas nad same jezioro, nad którym znajduje się również ekskluzywny ośrodek. Po chwili mocno się zachmurzyło i postanawiamy powoli wracać. Dotarliśmy do bramy parku i próbujemy złapać stopa (w przypadku niepowodzenia strażnik może zadzwonić po transport motorowy i wrócić można na motorze-150ksh/os do skrzyżowania Syrian dalej jeździ matatu). Udaje nam się w końcu złapać stopa-ciężarówkę z więźniami i pełną wojska z bronią. Szaleńcza jazda po dziurach, cali w pyle i kurzu po 14 km wysiedliśmy ledwo żywi. Następne auto na stopa, deszcz i wracamy mokrzy do Top Camp.

Przykładowe ceny:

matatu Nairobi - Naivasha: 170 Ksh/os

matatu Naivasha-Fisherman's Camp: 60 Ksh/os.

nocleg Top Camp: 900 Ksh/os

wstę do Crater Lake Sanctuary: 750 Ksh/os

12.09.2010 Naivasha

Dziś wybieramy się do Parku Hell's Gate. Rezygnujemy z rowerów i jedziemy matatu (20 ksh/os) do Elsa Gate, od drogi głównej do bramy parku jest jeszcze 2 km. Od bramy do Fisherman's Tower jest 1 km, stąd można iść do Central Tower lub Buffalo Circut (14km). Wybieramy Buffalo Circut. Po zakończeniu całej trasy łapiemy stopa i podjeżdżamy do Central Tower i Ranger Point, stąd można iść do wąwozu (17km tam i z powrotem) lub do gorących źródeł (ok. 2 godz. w dwie strony). Wracamy z powrotem, do Elsa Gate mamy jeszcze 8km, na szczęście w połowie drogi zatrzymuje się ciężarówka i podwozi nas do bramy parku, kolejnym stopem do głównej drogi i następnym do Fisherman's camp. Wracamy do małego centrum, jemy frytki, korzystamy z internetu i zupełnie po ciemku wracamy do naszego campu. Cali zakurzeni i brudni (każde przejeżdżające koło nas auto zostawiało za sobą smugę kurzu osiadająca na nas) kąpiemy się i zasypiamy w sekundzie. Nie polecamy trasy Buffalo Circut na rower, droga jest piaszczysta i przeważnie drogą wspina się pod górę.

Przykładowe ceny:

wstęp do Parku Hell's Gate: 25$/os

sprite: 50 Ksh

herbata: 20 Ksh

frytki: 80 Ksh

cola: 50 Ksh

papaja: 60 Ksh

matatu Naivasha-Nakuru: 150 Ksh

13.09.2010 Nakuru

Rano wyjeżdżamy o 7:00 rano z Naivasha i do Nakuru docieramy ok. 9:00 rano. Zatrzymujemy się w hotelu Mt Sinai (500 Ksh/pokój). Pokój mamy na ostatnim siódmym piętrze na dachu. Przychodzi również właścicielka biura Pega Tours (www.pegatours.co.ke) i proponuje nam safari na pół dnia za 4500 Ksh + wstęp do parku 60$/os. Umawiamy się na 12:30 na odbiór z hotelu i idziemy coś zjeść. Kierowca/przewodnik jest punktualnie i wjeżdżamy do parku. Udaje nam się zobaczyć zebry, nosorożce, gazele, bawoły, strusie, hienę i stado lwów odpoczywających po posiłku i oczywiście flamingi.

Wróciliśmy przed zamknięciem bram. Koło naszego hotelu jest mnóstwo knajpek idziemy zjeść coś. W hotelu jest gorąca woda więc robimy jeszcze szybkie pranie.

Przykładowe ceny:

nocleg w hotelu Mt Sinai: 500 Ksh/pok.

safari w Nakuru ½ dnia: 4500 Ksh+120$/wstęp (2 osoby)

jogurt: 35 Ksh

banany (7 sztuk) - 35 Ksh

woda: 60 Ksh

bułki: 40 Ksh

czekolada: 120 Ksh

chusteczki higieniczne: 10 Ksh

herbata: 40 Ksh

14.09.2010 Nakuru-Eldored-Kampala

Przez nocne problemy żołądkowe wstaliśmy dopiero przed 8:00 rano. Spakowaliśmy się i idziemy łapać stopa do Eldored. Po około 1 godzinie zainteresowania nami całego miasteczka, odsyłania nas na przeróżne dworce autobusowe udało nam się złapać auto. Droga do Eldored (ok. 3 godzin) była bardzo dobra jak na kenijskie warunki. Po podwiezieniu nas kierowca zażądał od nas pieniędzy ale wspólnie na spokojnie doszliśmy do porozumienia, że za jeżdżenie na stopa nie płaci się. Idziemy szukać autobusu do Kampali. Wszystkie odjeżdżają dopiero o 1:00 w nocy i w stolicy Ugandy są ok. 8:00 rano. Autobus z Nakuru do Kampali kosztował 1800 Ksh/os a tutaj udało nam się wytargować cenę w firmie Akamba z 1300 Ksh na 1200Ksh/os. Zostawiamy bagaże w biurze Akamba (autobus odjeżdża o 24:30) i idziemy zobaczyć Eldored i zjeść obiad. Niestety jedzenie w Kenii nie jest zbyt urozmaicone na ogół je się frytki z kurczakiem, tradycyjna potrwą jest ugali (gęsta kaszka z mąki kukurydzianej, którą można kroić), które je się z plackiem chapati lub z ciemno zieloną kapustą, przypominająca liście szpinaku (sukuma ugali) z warzywami, z gulaszem mięsnym, kebaby, samosy, pilau, jajka, fasolę z mięsem, kapustę z ziemniakami (coś a'la nasz bigos), chapati i frytki.

W Eldored nie ma nic ciekawego prócz bardzo dobrze zaopatrzonego centrum handlowego otwartego 24h/dobę. Zrobiliśmy drobne zakupy i w drodze powrotnej weszliśmy do świątyni hinduskiej .Młody chłopak tłumaczy nam, że właśnie trwa święto Ganeshy i przez 10 dni wszyscy Hindusi spotykają się tutaj codziennie na wspólnych modlitwach a potem spożywają wspólny posiłek. I tak zostajemy zaproszeni na wieczorną hinduską kolację Poszliśmy na internet i wieczorem do świątyni, było bardzo sympatycznie, zjedliśmy nasze uwielbiane hinduskie dania, porozmawialiśmy i zostaliśmy odprowadzeni przez policjantów do samego biura Akamby. Czekamy na autobus w biurze. O 1:00 w nocy pracownik biura mówi nam, że autobus nie przyjedzie, mówi nam to dopiero w momencie gdy wszystkie inne autobusy z pobliskich firm juz odjechały. Czekamy, autobus przyjeżdża dopiero o 4:30 (wszystkie pozostałe autobusy pełne przyjechały o czasie). W Kampali byliśmy dopiero o 14:00. Zatrzymujemy się na krótki postój na granicy (wiza 50$/os). Droga była dość dobra a na całej trasie stała policja kontrolując prędkość jazdy i stan pojazdów.

Już po przekroczeniu granicy ugandyjskiej poczuliśmy się jakbyśmy przenieśli się do zupełnie innej krainy, uprawy herbaty, plantacje trzciny cukrowej, palmy i wszędzie zielono. Wiedzieliśmy, że tu zostaniemy na dłużej bo takiego kawałka Afryki szukaliśmy, ludzie spokojniejsi, bardziej przyjaźni. Po drodze mijamy wioski z prostymi domami ulepionymi z gliny przykrytymi liśćmi palmowymi. Dojeżdżamy do Kampali na dworzec, matatu podjeżdżamy w okolice Naikuvibo Plote przy Ovino Market. Po długich poszukiwaniach zostajemy w Atlanta Guest House II.

Szybki prysznic w hotelu i idziemy zobaczyć miasto. Okna naszego hotelu wychodzą prosto na ulicę, na której cały czas coś się dzieje, gra muzyka, słychać żyjąca ulicę. Najpierw w ciągu dnia sprzedaje się chyba wszystko co tylko jest możliwe, wieczorem kobiety rozkładają na sprzedaż warzywa i owoce, jeszcze później rozkładane są garnki, piecyki na węgiel i smażą się ryby, kurczaki, frytki, omlety i chapati. Zapachy przygotowywanych potraw obiegają całą okolicę. Przy tych gar-kuchniach poustawiano plastikowe siedzenia i mamy "restaurację" pod gołym niebem. W końcu jest tak jak to sobie wyobrażaliśmy. Zaczynamy powoli wtapiać się w ten klimat Czarnego Lądu. Zjadamy roll-on (omleta zawiniętego w chapati) i idziemy jeszcze na spacer. Zauważamy hinduską świątynię i już chyba z sentymentu i tęsknoty za Indiami zaglądamy do środka. Skończyło się na zaproszeniu na modlitwy i wspólnym zajadaniu się ananasami. Wracamy do hotelu, jest cieplutko i przyjemnie. Jeszcze zatrzymujemy się przy grupce mężczyzn grających w kości (bardzo popularny tutaj rodzaj spędzania czasu).

W Kampali widać prawdziwe korki, matatu mijają się z motocyklami, pieszymi. Zwariowane i bardzo głośne miasto ale ma swój urok. Całą wolną przestrzeń wypełniają środki transportu, dla pieszych jakby zabrakło tu miejsca.

Środki transportu są takie same jak w Kenii. Na drogach znajdziemy:

- matatu czyli małe minibusy przewidziane na 14 osób, ale nie odjeżdża póki na jednym siedzeniu nie siedzą 2 osoby a pojazd nie jest wypełniony różnymi towarami pod siedzeniem i na dachu. Kierowca ma swojego pomocnika, który na postojach krzykiem informuje gdzie jedzie matatu, zabiera ludzi, umiejscawia ich w pojeździe, zbiera pieniądze, na koniec stuka w dach albo w drzwi na znak, że kierowca może ruszać. Prędkość pojazdu podczas drogi przeważnie przekracza dozwoloną, w dodatku jeśli na drodze jest tylko jedna dziura to kierowca na pewno w nią wjedzie nie zwalniając, tak że wszyscy podskakują uderzając głową w dach.

- taxi -samochody osobowe, drogie, dotrzemy nimi gdziekolwiek chcemy

- busy/autobusy - są lepsze i gorsze w zależności od ceny i firmy. Niektóre są w takim stanie że aż trudno uwierzyć, że jeszcze jeżdżą w dodatku przewożą pasażerów. W Ugandzie jeżdżą tzw. Post Busy (autobusy pocztowe), przewożą pasażerów oraz paczki. Są bezpieczniejsze od zwykłych autobusów, jeżdżą dużo wolniej przez co wydłuża się czas podróży ale naprawdę warto z nich skorzystać szczególnie jeśli nie ma się ochoty podskakiwać w czasie drogi.

- motory - bardzo popularny środek transportu szczególnie na krótszych dystansach. Kierowcy przeważnie mają ubrane na sobie kamizelki odblaskowe. Cena niewiele droższa niż za matatu. Zaletą jest to, że motor nie stoi w korkach (w Kampali są to prawdziwe, długie korki) , kierowca zręcznie manewruje pomiędzy pojazdami i zawsze przejedzie nawet chodnikiem.

- rower - Na bagażniku roweru zamontowane jest plastikowe siedzenie, na którym przewozi się ludzi, towary, bagaże a nawet kury.

Przykładowe ceny:

nocleg w Atlanta guest Houise II : 20 000 Ush/pok.

woda 1000 Ush

papaja: 1000 Ush

kiść bananów: 1000 Ush

16.09.2010 Jinja

Rano jedziemy zobaczyć źródła Nilu. Dworzec z matatu w różnych kierunkach znajduje się parę minut od naszego hotelu, droga do Jinja zajmuje ok. 2 godzin. Idziemy drogą do zatoczki i wypożyczamy łódkę za 25 tys. szylingów. Najpierw jednak płyniemy do wioski Kikondo po paliwo. Zbiegają się dzieciaki z wioski i już razem podglądamy cerowanie zniszczonych sieci rybackich, suszenie ryb na słońcu, mycie łodzi. Rybacy złowione ryby pakują w przygotowane drewniane skrzynie z lodem i przewożą je do pobliskiej fabryki. Tam ryby są przetwarzane i eksportowane dalej. Przy jednym z domów rozłożone były na ziemi malutkie ryby do suszenia i do jedzenia (podobno bardzo dobre). Wioska bardzo spokojna , każdy zajęty jest swoimi codziennymi obowiązkami. W końcu mamy paliwo, żegnamy się , dzieciaki machając wołają "bye muzungu" i płyniemy do źródeł. Widać jak z jeziora wybija woda. Zatrzymujemy się na małej wysepce, na której stoi tablica z informacją potwierdzającą autentyczność miejsca

Przewodnik mówi, ze w tym miejscu jest 100 metrów głębokości. Wracamy z powrotem i zajadamy się świeżymi, usmażonymi rybami i idziemy na dworzec.

Tym razem wracamy tańszym od matatu autobusem (3 tys. Ush). W Kampali jesteśmy ok. 18:00. i od razu idziemy w stronę naszego hotelu na rolowane chapati i frytki.

Przykładowe ceny:

matatu do Jinja : 4000 Ush/os.

wynajęcie łódki do źródeł Nilu: 25 000 Ush

smażona ryba: 250 Ush/szt.

woda: 1000 Ush

autobus Jinja-Kampala: 3000 Ush/os.

piwo: 2700 Ush

sok owocowy w kartonie: 1000 Ush

roll on (omlet z chapati) - 800 Ush

frytki: 1500 Ush

internet: 1500 Ush/1 godz.

17.09.2010 Kampala - Murchinson Falls

Rano idziemy na autobus do Fort Portal o godz. 7:00 dalej chcemy pojechać do Parku Queen Elizabeth. Okazuje się, że autobus został wycofany. Jest tylko do Massindi (10 tys. Ush/os - 4 godz.) i do Kabale (16 tys. Ush/os - 8 godz.). Oba autobusy odjeżdżają o 8:00 . Stwierdzamy, że to dobra okazja, żeby pojechać do wodospadów Murchinsona. Szybka decyzja i po chwili siedzimy już w autobusie do Massindi. Droga wbrew wszelkim wyczytanym informacjom jest naprawdę bardzo dobra. W dodatku post busy jeżdżą o wiele wolniej a przez to bezpieczniej od innych autobusów i matatu, które często nie przestrzegają żadnych ograniczeń na drodze. Do Massindi docieramy ok. 13:00. Pokój można wynająć za ok. 15 tys. Ush (pok. 2 -osobowy), a za wynajęcie auta z kierowcą na cały dzień trzeba zapłacić ok. 150 $. Po chwili jednak podjeżdża auto z turystkami z Kanady i pytamy czy możemy się zabrać z nimi do parku, jadą akurat do Red Hot Chilli więc udaje nam się tym razem. Do campingu jest 85 km, kończy się asfalt i zaczyna się szutrówka z czerwonym pyłem. Dojazd zajmuje nam 2 godziny. Docieramy na camping i okazuje się, że jest pełno a nam do głowy nie przyszło, że trzeba zrobić wcześniej rezerwacją. W końcu jednak znalazł się dla nas wolny namiot uffff. Najtańszą opcją noclegu jest rozłożenie własnego namiotu, safari ten (z dwoma łóżkami w środku) kosztuje 35 tys. Ush/namiot, drewniany domek (banda) - 50 tys. Ush/noc). To miejsce ma wyjątkowy klimat, camping w sercu parku gdzie słychać odgłosy ptaków, zwierząt, restauracja jest na powietrzu pod zadaszeniem. Idziemy zarezerwować na jutro bilety na statek (paraa) do wodospadu. Ustaliliśmy, ze płyniemy o 9:00 rano, wysadzeni zostajemy na brzeg skąd idziemy zobaczyć wodospady z góry, następnie wracamy i zostajemy odebrani statkiem powrotnym, który wypływa o 14:00 więc powinien nas zabrać gdzieś ok. 16:00. Dzisiaj trochę padało ale przez to powietrze się odświeżyło po upalnym dniu , wieczór jest ciepły i przyjemny. Wieczorem pracownicy campingu rozstawiają pod każdym namiotem lampy naftowe. W restauracji campingu codziennie wywieszone jest menu z 3 ciepłymi daniami do wyboru (ceny od 7500 Ush do 9500 Ush), dania są smaczne i świeże a porcję ogromne. Jeszcze w Massindi zaopatrzyliśmy się w wodę (tutaj 0,5l kosztuje 1500 Ush) i świeże owoce. Personel jest bardzo miły i sympatyczny. Dwa razy poprosiliśmy również o wrzątek na herbatę i nie było żadnego problemu.

Przykładowe ceny:

post bus Kampala-Massindi: 10 000 Ush/os.

woda: 1000 Ush

nocleg w Red Hot Chilli w Murchinson Falls: 35 000 Ush/namiot z łóżkami

kolacja w Red Hot Chilli w Murchinson Falls

18.09.2010 Murchinson Falls

Rano obudziły nas ptaki i dzikie świnie, które upatrzyły sobie nasz namiot i usilnie go szturmowały. Przed 9:00 idziemy na paraa. Odpływamy z opóźnieniem, już parę metrów od brzegu widzimy hipopotamy. Dzień jest upalny i cudowny. Oglądamy hipopotamy, gazele, krokodyle, stado słoni, które przyszły się napoić. Dopływamy do wodospadu. Widok nie jest imponujący bo statek nie może podpłynąć na bliska odległość ze względu na silne prądy. Zostajemy wysadzeni na brzegu i idziemy wydeptaną ścieżką w górę wodospadu. Mamy być w tym samym miejscu o 16:00. Po 10 minutach drogi spotykamy naszego rangera, który odprowadza nas do wodospadu. W zasadzie jest to tylko wymóg parku, bo nie da się zgubić-jest jedna ścieżka, tym bardziej , że z powrotem wracamy już sami. Podczas drogi cały czas widzimy wodospady-widoki cudowne i cieszymy się że zdecydowaliśmy się pójść bo to jest dopiero największa atrakcja. Idziemy ok. 30 minut w jedną stronę. Jedynym minusem jest to, że wychodząc z dżungli przez ok. 20 minut idziemy pod górę na otwartym terenie a słońce dziś grzeje bardzo mocno. Na górę docieramy mokrzy. Trzeba zabrać również zapas wody mineralnej . Na górze stajemy przy poręczy, oglądamy wodospad a bryza moczy nas od stóp do głów. Co za ulga, powtarzamy to jeszcze kilka razy za każdym razem jak wysychamy. Na górze siadamy pod drzewami a potem spacerujemy oglądając ogrom i ilość przelewającej się wody. Widok niezapomniany. Dopiero z góry widać ogrom wodospadu. Wracamy przed 15:00 żeby zdążyć spokojnie na statek. Czekamy na statek przy brzegu, koło nas na drzewie tabliczka "uwaga na hipopotamy i krokodyle". Statek przypływa dopiero o 16:20 i nie wiemy dlaczego ale turyści ze statku robią nam zdjęcia jak stoimy w tym buszu. W drodze powrotnej znowu widzimy słonie i hipopotamy. Zanosi się wieczorem na porządną ulewę.

Od razu idziemy pod zimny prysznic. Jutro będziemy próbować wydostać się z parku.

Przykładowe ceny:

bilety na statek paraa: 15$/os

kolacja w Red Hot Chilli: 8 000 Ush/os.

19.09.2010 Massindi-Kampala-Katunguru

Całą noc strasznie lało. Wstajemy o 5:00 dalej pada, zastanawiamy się jak będziemy stali na drodze w taką ulewę, zaczynam się powoli pakować. Nagle o 6:00 rano deszcz ustał. Bierzemy plecaki i idziemy kawałek od campu na główną drogę złapać stopa do Massindi. Na drodze widzimy świeże ślady słonia, po chwili przez drogę przechodzi hipopotam, oczywiście towarzyszą nam dzikie świnie, a po chwili zbiegają się ogromne małpy... no cóż jesteśmy w parku. Czekamy...Zatrzymuje się auto z turystami pytając nas czy wszystko w porządku, niestety nie jadą w stronę Massindi. Przed 8:00 rano idzie cała obsługa statku, którym wczoraj płynęliśmy. Poznają nas jako tych, którzy wysiedli w buszu i obiecują że będą pytać przejeżdżające auta a jakby nam się nie udało to doradzają żebyśmy poszli do strażników i że oni nam pomogą. Ustalamy, że czekamy jeszcze trochę. Po 10 min zatrzymało nam się terenowe auto z parą młodych Ugandyjczyków jadących do Massindi, Zabierają nas bez żadnych problemów. Super, znowu się udało. Droga była fatalną i rozmoczona całonocną ulewą. W pewnym momencie jeepa jadącego przed nami glina zniosła prosto do rowu i nie mógł wyjechać. Nasz samochód też miał problem z utrzymaniem się na drodze, glina jakby się ruszała i mimowolnie znosiła auta. Jeszcze przed samą maską auta przeszedł wielki bawół. W końcu powoli dojechaliśmy ok. 10:00 do Massindi. Głodni od razu poszliśmy na targ, zjedliśmy chapati, kupiliśmy owoce i poszliśmy na dworzec. Doradzono nam, że aby dostać się do Katunguru (Queen Elizabeth Park) lepiej jest się wrócić do Kampali bo droga z Hoimy do Fortu Portal jest fatalna-czasowo wychodziło to podobnie. Idziemy na dworzec, właśnie odjeżdża autobus do Kampali o 11:00. Kupujemy bilety (Link coaches) i jedziemy, po paru kilometrach autobus się zepsuł. Po chwili podjeżdża na motorze mechanik z jakimiś kluczami, coś robi pod maską, potem pod autobusem i ruszamy dalej. W Kampali jesteśmy o 15:00 i od razu wsiadamy do autobusu do Kassese, który jedzie przez Katunguru (bilet 15 tys. Ush/os). Musimy chwilę poczekać aż autobus się napełni. Ta chwila trwa do 18:00. W Katunguru (przez Mbarara) jesteśmy po 24:00. Wysiadamy, autobus odjeżdża a wszędzie ciemno, wszystko pozamykane i atakuje nas mnóstwo owadów . Na szczęście po kilku minutach dostrzegamy w mroku policjantów, którzy pomagają nam obudzić personel w hotelu Rwenzori Salaama Hotel (25 tys Ush/pok). Jest jeszcze jeden hotel obok (nocleg 10 tys. Ush ale nie ma wody, dostaje się tylko miskę z wodą).W pokoju nad łóżkiem jest moskitiera a na niej pełno komarów, much i innych insektów. Kładziemy się, a wokoło wszystko brzęczy. Jakoś zasypiamy.

Przykładowe ceny:

bilety autobusowe Massindi-Kampala: 10 000 Ush/os.

bilety autobusowe: Kampala-Katunguru - 15000 Ush/os.

chapati: 200 Ush/szt.

czekolada: 2500 Ush

coca cola: 1300 Ush

nocleg w Ruwenzori Salaama Hotel: 25 000Ush/pok.

20.09.2010 Park Queen Elizabeth

Wstajemy ok. 6:00 rano i wynajmujemy taxi do parku (30 tys. Ush w dwie strony) . Jemy jeszcze śniadanie, zostawiamy plecaki w hotelu w restauracji i jedziemy do parku na rejs po kanale. Okazuje się ze statek płynie dopiero o 11:00 mamy przynajmniej czas na krótki spacer i odpoczynek. Spacerujemy i oglądamy mangusty. Park jest piękny, rosną wysokie kaktusy a roślinność jest bardzo bogata i zupełnie inna niż w parku Murchinson. W parku jest jedyny hotel Mbeya (nocleg od 85 tys. Ush/za pok. bez łaz., pok. z łazienką kosztował ponad 100 tys. Ush!). O 11:00 idziemy na łódkę, dobrze że dojeżdża jeszcze grupa turystów ze Stanów bo rejs by się nie odbył. Płyniemy ok. 2 godzin. Rano trochę padało i obawialiśmy się że cały dzień będzie taki, ale nagle niebo się rozjaśniło i zaświeciło słońce. Oglądamy hipopotamy (jeszcze więcej niż w Murchinson Falls), słonie, bawoły i jest to raj dla ornitologów, jest całe mnóstwo przeróżnych kolorowych ptaków. Po rejsie wracamy naszą taksówką z powrotem przez park i nagle przy drodze widzimy całe stado słoni z małymi słoniątkami. Niesamowite to była najpiękniejsza chwila tego dnia. Stoimy i patrzymy, po 10 minutach słonie zniknęły za drzewami i poszły do buszu.

W Katunguru bierzemy plecaki z hotelu i idziemy na główną drogę łapać matatu do Mbarara lub Ishaki. Po chwili siedzimy w matatu do Mbaraaa. Dojeżdżamy ok. 17;00. Na dworcu stoi matatu do Kabale, więc szybka decyzja i wsiadamy. Do matatu ciągle dochodziły nowe osoby choć cały pojazd był już pełny. Jechaliśmy w ścisku a kierowca pędził jak szalony po dziurawej drodze. Zmęczeni wczorajszym całym dniem w drodze i dzisiejszym zaczęliśmy żałować ze nie zatrzymaliśmy się na nocleg w Mbarara. Rozlało się strasznie, ściemniło a my zatrzymaliśmy się w jakiejś małej mieścinie. Kazano nam się przesiąść do innego matatu i wtedy obiecaliśmy sobie że więcej nie będziemy podróżować po nocy takimi matatu. Nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, dopiero 30 km przed Kabale wsiadł młody Ugandyjczyk, który mówił po angielsku . Kierowca matatu nie chciał nas podwieźć do skrzyżowania na którym znajdował się hotel (chciał za to 10 tys. Ush czyli tyle ile zapłaciliśmy za bilety z Mbaraa). Wysiedliśmy na dworcu i wzięliśmy taxi do hotelu (2 tys. Ush). Leje tak strasznie że nim wysiedliśmy z taxi i przeszliśmy parę metrów do hotelu byliśmy totalnie mokrzy. W Edrissa House były tylko wolne miejsca w pokojach wieloosobowych. Zostajemy, zjedliśmy ciepły posiłek i zasnęliśmy.

Przykładowe ceny:

śniadanie w Ruwenzori salama Hotel: 5000 Ush/4 x omlet, 2 x herbata

wstęp do Parku Queen Elizabeth: 30$/os.

rejs łódką po Kanale Kazinga: 15$/os.

dojazd z Katunguru-parku taxi: 30 000 Ush

matatu z Katunguru do Mabara: 10 000 Ush/os

matatu Mbaraa-Kabale: 10 000Ush/os.

chapati: 300 Ush

kiśc bananów: 1000 Ush

taxi z dworca w Kabale do hotelu Erisa: 2000 Ush

nocleg w Edrisa Hotel: 5000 Ush/os w pokoju wieloosobowym

kolacja w Edrisa Hotel: spaghetti: 3500 Ush, zupa: 3000 Ush, frytki: 1500 Ush, herbata: 1500 Ush

21.09.2010 Kabale -Bunyonyi Lake

Całą noc mocno lało ale nad ranem przestało. Po śniadaniu idziemy wybrać pieniądze z Barkley's Bank i zrobiliśmy zakupy owoce, warzywa trochę pieczywa. Zabieramy plecaki z hotelu gdy podjechało auto. Za 10 tys. Ush ustaliliśmy że dowiezie nas do Rutinda Village nad Bunyoni Lake. Steven był pracownikiem jednego z tamtejszych hoteli. Podwiózł nas do Bunyoni Overland Resort, twierdząc że tu zostaniemy na pewno. Ceny dość wysokie:

30$/pokój 2 os, 25$ za umeblowany namiot. Zostawiamy bagaże i idziemy poszukać tańszego noclegu co okazuje się wcale nie takie łatwe. Kalabas Camp był pełny (ceny 50 tys. Ush za pokój, 40 tys. Ush za namiot umeblowany). Nie mogliśmy znaleźć nic tańszego. Wracamy jeszcze do Crater Bay Cottage (gdzie wcześniej pokazywano nam pokój a właściwie norę bo bez okien i bez łazienki-beczka na polu) chcemy zobaczyć tym razem cottage (okrągły domek z łazienką) i negocjujemy cenę z 65 tys. Ush na 50 tys. Ush ze śniadaniami i co najważniejsze jest gorąca woda. Zostajemy, wracamy po plecaki i pierwsza rzecz to pranie bo skończyły nam się czyste ubrania. Idziemy nad przystań, są leżaki, można wynająć canoe, jest cicho, spokojnie, jesteśmy jedynymi gośćmi w ośrodku w przeciwieństwie do Bunyonyi Overland Resort skąd dochodzą odgłosy tłumów turystów. Jedzenie w restauracji jest bardo dobre, wszystko jest świeże (trzeba zamawiać około godziny wcześniej). Popołudniu przeszła duża ulewa z gradem, trwała ok. 2 godzin, zrobiło się też chłodniej. Wieczorem idziemy zobaczyć wioskę na która składa się baru (w którym siedzą chyba wszyscy mieszkańcy Rutinda Village) i kilka sklepów. Jest też restauracja Bamboo, w której można zjeść taniej niż w ośrodkach-nie próbowaliśmy). Nad brzegiem jeziora mieszkańcy oferują wynajęcie canoe, przejazd łodzią motorową (20 tys. Ush). Z Kabale nie ma publicznego transportu nad jezioro. Można czekać na stopa albo wynająć taxi za 20 tys. Ush. Nasz ośrodek ma restaurację z widokiem na jezioro, taras ze stolikami i piękny, zadbany ogród. Jest kameralnie i spokojnie. Dobrze, że zdecydowaliśmy się na ten ośrodek, w końcu parę dni spokoju i odpoczynku po ostatnich dniach w podróży.

Przykładowe ceny:

śniadanie w Erisa Hotel: jajecznica: 2500 Ush, herbata: 1500 Ush

frytki w Kabale: 2500 Ush

kilogram POMIDORÓW: 1000 Ush

nocleg w Crater Bay Cottage: 50 000 Ush/domek ze śniadaniami

22.09.2010 Bunyonyi Lake

Po śniadaniu wypożyczamy canoe i pływamy pomiędzy wysepkami robiąc sobie na jednej z nich piknik. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na wyspie Byoona Amagara (namiot kosztuje 50 tys. Ush). Nagle się zachmurzyło ale tylko pokropiło i zrobiła się piękna, słoneczna pogoda. Popołudnie spędzamy wygrzewając się na leżakach i czytając pozbierane jeszcze z domu książki.

Przykładowe ceny:

wypożyczenie canoe na cały dzień: 5000 Ush

obiad w Crater Bay cottage: zupa: 2000 Ush, ryż z warzyami: 5500 Ush

23.09.2010 Kabale-Kisoro

Wstajemy wcześnie i próbujemy złapać transport do Kisoro. Nic się nie zatrzymuje więc idziemy na dworzec z matatu. Czekamy aż matatu się zapełni, mija godzina i nic, oprócz nas nie ma nikogo. Bierzemy bagaże a kierowca z matatu wsadza nas do prywatnego auta będącego równocześnie taksówką na trasie Kabale-Kisoro, wsiadając byliśmy 8 i 9 pasażerem, ścisk straszny, droga koszmarna a w zasadzie dziurawa szutrówką z zakrętami przed którymi kierowca nawet nie zwalniał. Po chwili chyba wszyscy pasażerowie wymiotowali do swoich woreczków, w dodatku wsiadł mężczyzna z żywym inwentarzem, ścisk i straszny smród i lepiej nie wchodzić w szczegóły... Chcieliśmy po prostu stamtąd wysiąść. W Kisoro cieszyliśmy się, że ten koszmar się skończył. Zatrzymaliśmy się w Heritage Guest House (30 000/pok.) i idziemy do informacji turystycznej. Dowiadujemy się, że codziennie wychodzą 8-osobowe grupy do Parku Mgahinga lub Bwindi w poszukiwaniu goryli górskich. Nie potrzebne są żadne wcześniejsze rezerwacje, można wszystko załatwić z dnia na dzień (koszt: 500$/os. +do podziału w zależności od ilości osób za transport do parku: Bwindi 90 tys. Ush, do Mgahinga 60 tys. Ush.). Można również wejść na jeden z kraterów, koszt 50$/os (cena zawiera wstęp i przewodnika) + 60 tys. Ush za transport do parku.

Zastanawiamy się nad wejściem nad któryś z wulkanów ale wieczorem los za nas decyduje, Przemek leży z gorączką w dodatku pada deszcz więc na wyjście nie ma szans. Samo miasteczko jest pięknie położone wśród wzgórz i pagórków w tle przez mgłę wyłaniają się szczyty 3 wulkanów: Mt Sabinyo, Mt Gahinga i Mt. Muhavura. Kupujemy jeszcze bilety na jutrzejszy powrót do Kampali (autobusy odjeżdżają o 7:00 rano, 19:00 i 20:00).

Przykładowe ceny:

dojazd z Kabale do Kisoro: 10 000 Ush/os.

nocleg w Kisoro w Heritage Guest House: 30 000/pok.

herbata: 300 Ush

czekolada: 2500 Ush

wynajęcie motoru do punktu widokowego: 15 000 Ush

frytki: 10 000 Ush

bilety z Kisoro-Kampali: 20 000 Ush/os.

bilety Kampala-Nairobi: 50 000 Ush/os.

goryle górskie: 500$/os. + do podziału w zależności od ilości osób za transport do parku: Bwindi 90 tys Ush, do Mgahinga 60 tys Ush.

24.09.2010 Kisoro

Rano pakujemy plecaki, zostawiamy je w recepcji. Jedziemy motorem ok. 14 km do bramy parku na punkt widokowy skąd roztacza się widok na trzy wulkany. W drodze powrotnej przebiła się opona. Kierowca motoru poszedł ją naprawić a my przespacerowaliśmy się przez wioskę. Krajobraz przypomina Nepal, szczególnie tarasy na wzgórzach, bananowce i trzcina cukrowa. Kobiety pracują w polu z dzieciakami przywiązanymi chustami na plecach.

O 19:00 jedziemy nocnym autobusem do Kampali. Zastanawialiśmy się czy nie wysiąść w Masace i popłynąć stamtąd promem do Luki ale była 1:00 w nocy i nie chcieliśmy już włóczyć się nigdzie po nocy.

25.09.2010 Kampala - Entebbe - Wyspy Ssese

Do Kampali dojeżdżamy ok. 4:00 nad ranem i razem z parą innych turystów idziemy do Kampala Coach kupić bilety do Nairobi na 28.09. Robimy zakupy na targu, zaopatrujemy się w warzywa i owoce i jedziemy do Entebbe (1 godz.) i do jetty skąd ma odpływać prom na wyspy Ssese. Prom ma płynąć dopiero o 14:00, zostawiamy plecaki w porcie w restauracji bo budka z biletami jest jeszcze zamknięta i idziemy zjeść. Pierwszy raz jemy tu smażoną kasawę z rybami, dokupujemy też na targu papaje.

Czekamy na prom, okazuje się jednak, że jest uszkodzony i płyniemy jakaś wielką łodzią rybacką podstawioną w zastępstwie. Zapakowano bagaże, worki z mąką, ryżem, koguty, kury, nawet telewizor plazmowy i wypływamy.

Na początku było dość spokojnie potem zaczęło kołysać łodzią. Płyniemy tak około 3,5 godzin. (rejs powrotny z wysp o 8:00 rano). Na brzegu czekają już motorami i oferują noclegi ale ceny są dość wysokie idziemy brzegiem z plecakami i wchodzimy do Hornbill Camp Site (rozłożenie własnego namiotu 7tys Ush/os., domek dormitory bez łazienki: 10tys Ush, domek dormitory z łazienką kosztuje 15 tys Ush/os, 2-osobowy domek ale bez światła i łazienki za 35 tys. Ush). Zostawiamy plecaki i idziemy się jeszcze rozglądnąć. Wszędzie ceny są o wiele wyższe ok. 40-50 tys. Ush/osobę! Wracamy do Hornbill i zostajemy w domku dormitory ale z łazienką, najwyżej dokwaterują do nas innych turystów. Niedaleko ośrodków znajduje się mała wioska, można wypić herbatę, zjeść chapati i omlety. Jedzenie w ośrodku jest drogie (do wyboru zupy, frytki, naleśniki, hamburgery).

Przykładowe ceny:

Kampala targ owocowy:

papaja: 500 Ush

kilogram pomidorów: 1000 Ush

ananas: 1300 Ush

matatu Kampala-Entebbe: 2400 Ush/os.

prom entebe-Ssese: 15 000 Ush/os

nocleg w Hornbill: 15 000 Ush/os.

herbata: 1000 Ush

26.09.2010 Wyspy Ssese

Od rana świeci słońce i jest gorąco. Śniadanie jemy na plaży i idziemy na 10:00 do miejscowego kościoła, w którym są dzieciaki chyba z całej wioski i mają niezłą frajdę z naszego przyjścia. Następnie schodzili się mieszkańcy woski, witali się z nami i tak powoli zapełniał się kościół, około 12:00 był już pełny. Msza miała bardziej charakter spotkania, pomiędzy śpiewami każdy wychodził na środek i opowiadał o sobie i swoich przeżyciach. Siedzące kobiety rozmawiały ze sobą, podawały sobie na przemian małe dzieci, tak, że nie wiadomo było czyje dziecko jest kogo, dzieci wędrowały z jednych kolan na inne. Te większe siedziały na matach na ziemi albo opiekowały się młodszym rodzeństwem. Przyszły z nimi niosąc je na rękach albo na plecach. W kościele spotykamy nauczycielkę - Nankye, która prosi nas o przekazanie w Polsce listu dla jej znajomego. Po Mszy poszliśmy na plaże odpocząć. Jest piękny, ciepły dzień. Na wyspach jest mnóstwo ptaków, ogromnych dzioborożców pod którymi uginały się gałęzie, małych żółtych ptaszków latających całymi gromadami mieniąc się kolorami.

Po południu idziemy nad przystań zobaczyć jak przypływa łódka. Wracając do ośrodka spotykamy znajomą z kościoła, zostawiła nam list w ośrodku i zaprasza nas jutro do szkoły, w której jest nauczycielką. Do ośrodka przyjechało parę osób, w tym dwóch chłopaków z Bangladeszu, spędzamy razem wieczór przy ognisku. Cały czas walczymy z mrówkami, które opanowały cały nasz domek, na razie one wygrywają jedząc nam ciastka i część bananów.

27.09.2010 Wyspy Ssese

Po śniadaniu korzystamy z zaproszenia i udajemy się do szkoły znajdującej się w kościele. W szkole uczy się około 35 dzieci. Nie wszystkie dzieci z wioski chodzą do szkoły, ich rodzice nie chcą chociaż szkoła kosztuje tylko 10 tys.Ush/3 m-ce. To podobno dla miejscowych nie jest dużo tym bardziej, że jak powiedziała nam nauczycielka większość z tutejszych mężczyzn jest rybakami i zarabiają tyle czasem w ciągu jednego dnia. Dzieciaki uczą się alfabetu, liczyć, mówić po angielsku w formie zabaw i gier. Na przerwach grały z nami w piłkę. Dzieci mają ławki w szkole ale nie maja biurek. Podobno miejscowy rząd obiecał wybudować szkołę ale jak na razie skończyło się na obietnicach. Dzieciaki są cudowne, przypatrywały nam się z wielkim zaciekawieniem dotykając naszych włosów, rąk. Nankya opowiada nam, że największym problemem Ugandy jest AIDS i malaria, często szpitale nie są przygotowane na leczenie malarii, która często zabija w ciągu 24 godzin.

Wczoraj wdzieliśmy kąpiel malucha na polu. Wyciągnięto miskę na pole, straszy braciszek polewał młodszego wodą z miski (on krzyczał i płakał), szmatą, która leżała na ziemi przetarł mu buzię, znowu płukanie i kąpiel zakończona. Maluch zapłakany ale czysty.

Dzieci krążą beztrosko wokół ognisk z gorącymi garnkami i wydaje się, że nikt nie zwraca na nie uwagi...

28.09.2010 Wyspy Ssese - Kampala

Promy z Kampali:

Z Entebbe (Nakiwogo) o 14:00 w Kalangala (Lukoboka) jest o 17:00

Z Kalangala do Entebbe o 8:00 w Nakiwogo jest o 11:00.

Z Masaki:

Bukakata/Luku: 8:00, 11:30, 13:30, 16:00 w niedziele: 13:00 i 16:00

Wychodzimy wcześnie rano z campingu (udało nam się z noclegiem gdyż przez te 3 dni nikt do nas nie dołączył i mieliśmy cały 5-osobowy domek dla siebie za 15 tys. Ush/os.) bez śniadania nie ryzykując podczas rejsu.. Dzisiaj płynęło więcej osób. Podczas przeprawy zepsuł się jeden z silników ale jakoś powoli dotarliśmy do Nakiwogo. Od razu kupiliśmy wielką papaję na śniadanie. Przy targu owocowym smażyli świeże ryby. Rybak donosił je, kobieta od razy patroszyła i wrzucała na wielką patelnię na ognisku. Tego było nam trzeba. Ryby przepyszne, nie mogliśmy się najeść (500 Ush/sztukę).

Do Kampali dotarliśmy około 14:00 przez korki przy wjeździe. Poszliśmy od razu o biura Kampala Coach potwierdzić nasze bilety. Spotkaliśmy pracownika, który robił nam rezerwacje 3 dni temu i zaprowadził nas do miejsca skąd odjeżdża autobus. Potwierdziliśmy rezerwacje, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy do centrum. Mamy wrócić około 19:00. Po drodze wstępujemy do apteki (przeziębienie nas nie opuszcza od paru dni) i do Atlanta Guest House. Właściciel poznaje nas i pozwala nam wziąć prysznic i poprzebierać się w czyste ubrania. Jeszcze tylko szybki roll on z omletem i wracamy na autobus. Po drodze wyłączają prąd i wszystkiego szukamy po ciemku. Pakujemy jakoś bagaże i wyruszamy o 20:00. Autobus jest pełny, tym razem nie puszczają żadnych teledysków i głośniej muzyki, próbujemy zasnąć w ciszy. Kierowca budzi nas ok. północy na granicy. Wizę do Kenii mamy tą samą (gdybyśmy odwiedzili Kongo straciłaby ważność), wypisujemy papiery i jedziemy dalej. Od granicy w Busia do Eldoret droga jest fatalna i przypomina jedna wielką dziurę.

29.09.2010 Nairobi

Do Nairobi przyjeżdżamy dopiero ok. 10:00 rano. Główne biuro Kampali Coach jest w samym centrum miasta. Zostajemy w Greton Hotel na Tsavo Road (1200/pok Ksh 2 -osobowy, 1000 Ksh/pok 1 -osobowy). Pokój jest jeszcze nie gotowy więc idziemy na śniadanie obok do hotelowej restauracji (bardzo smacznie i niedrogo). Rzucamy bagaże i pędzimy na umówione wcześniej mailowo spotkanie z Zippy z biura Australken www.australken.com. Zippy jest niesamowitą, radosną i tryskającą energią osobą. Omawiamy 3-dniowe safari do Masai Mara za 405$/os. Ustalamy płatność w szylingach kenijskich. Okazuje się jednak, że jednorazowo możemy wybrać z bankomatu tylko 40 tys. Ksh więc Zippy proponuje nam żebyśmy połowę za safari zapłacili teraz a połowę po powrocie. Na safari umawiamy się na jutro na 7:00 rano.

Idziemy autobus nr 24 do Muzeum Karen Blixen. Wchodząc na teren posiadłości czujemy się jakbyśmy przenieśli się w kadry filmu "Pożegnanie z Afryką". Wszystko wygląda tak jakby przed chwilką jeszcze ktoś tu był, rozłożona porcelana na stole, buty postawione na środku pokoju, szczotka do włosów na szafce nocnej... Wewnątrz znajduje się wiele portretów Karen Blixen, malowanych przez nią obrazów oraz zdjęć z filmu "Pożegnanie z Afryką".

Po muzeum idziemy w stronę centrum żyraf, łapiemy po drodze stopa i jakimiś skrótami docieramy. Chcąc wrócić do Nairobi trzeba podejść na nogach ok. 2 km do wioski i skrzyżowania skąd odjeżdżą busy do centrum Nairobi. Mamy szczęście dochodzimy do skrzyżowania i podjeżdżą busik nr 24. Utykamy w takich korkach, że droga powrotna zabiera nam 1,5 godziny. Wysiadamy jakieś 2 km od hotelu i ostatni odcinek pokonujemy na nogach bo cały ruch uliczny stanął już na dobre. Od razu obieramy kierunek restauracja obok hotelu i zjadamy ryż z pysznymi warzywami. Gorąca kąpiel i zasypiamy. Śmiejemy się , że tak niewiele potrzeba ciepły smaczny posiłek i upragniona ciepła woda do mycia.

Przykładowe ceny:

Hotel Greton: 1100 Ksh/pok.

bilety autobusowe do Karen Blixen: 50 Ksh

wstęp do Karen Blixen: 800 Ksh/os.

wstęp do centrum żyraf: 700 Ksh/os.

kiść bananów: 30 Ksh

wstęp do Snake park: 800 Ksh/os.

30.09.2010 Masai Mara

Wstajemy o 5:30 pakujemy się i o 6:30 schodzimy na śniadanie. Kierowca i przewodnik w jednym Michael już na nas czeka. Jemy śniadanie i ruszamy. Po drodze zatrzymujemy się przy punkcie widokowym na Rift Valley. Michael jest rewelacyjny. Opowiada nam po drodze dosłownie o wszystkim i cierpliwie odpowiada na nawał naszych pytań. I tak dowiadujemy się, że obecny Prezydent pełni swój urząd już od 10 lat, był już wybierany dwa razy trzeci nie może być. Przed obecnym rządem w Kenii była na każdym kroku korupcja, dopiero obecno rząd próbuje coś powoli z tym zrobić (chociaż na własne oczy widzieliśmy kilka przypadków), 40% Kenijczyków jest bez pracy. Młodzi ludzie coraz częściej wybierają się na uniwersytety, kiedyś rząd dofinansowywał naukę na zasadach pożyczki, którą po zakończeniu studiów i podjęciu pracy należało spłacić, jako że nikt tego nie czynił i nie było możliwości wyegzekwowania tego , rząd cofnął pomoc.Michael twierdzi również, że Nairobi jest obecnie bezpiecznym miastem, o czym tak do końca nie jesteśmy przekonani.

Dojeżdżamy do miasta Narok, ostatniego miasta przed parkiem. Pijemy herbatę i jemy frytki przed dalszą drogą. Do parku mamy ok. 2,5 godziny. I zaczęło się to o czym powoli zapominaliśmy. Dziury, dziury i jeszcze raz dziury. Droga (chociaż z drogą ma to mało wspólnego) do samego parku to jedna wielka dziura, na której trzepie, podskakuje, wywraca wnętrznościami i już po pół godzinie ma się dość a trzeba wytrzymać 2,5 godziny. Po drodze mijamy wioski Masajów, widzimy wielu z nich pasących swoje stada krów i kóz . Poruszają się majestatycznie w swoich czerwonych kangach (czerwień-kolor krwi odstrasza zwierzęta). Do campingu dojeżdżamy ok. 14:00 wytrzepani z bólem głowy z żołądkiem w gardle, żałując przez całą drogę zjedzonych wcześniej frytek. Od razu idziemy do naszego namiotu łapiąc po drodze pion. Spodziewamy się namiotu jak w Murchinson Falls. Wchodzimy zostawiamy bagaże i pytamy o łazienkę, okazuje się że łazienkę mamy za zamkiem. W namiocie znajduje się umywalka, wc i prysznic z gorącą wodą. W to trudno uwierzyć w samym środku buszu. Namiot jest czysty i jest lepiej niż w niejednym hotelu w którym spaliśmy do tej pory. O 14:30 jemy obiad (makaron, mięso w sosie, sałatka) i umawiamy się na wyjazd na safari o 15:30. Odpoczywamy chwilkę i ruszamy.

Widzimy stado lwów, gnu, żyrafy, sępy, gazele, geparda z młodym, których jest coraz mniej ze względu na chorobę, która atakuje małe gepardy (rząd stara się pomóc w tym zakresie monitorując ilość i próbując rozpoznać chorobę), jak również przez drapieżniki, dla których młode są łatwym celem. Park jest przepiękny, ogromna przestrzeń i uczta dla oczu brak zabudowań, linii wysokiego napięcia i jakiejkolwiek ingerencji człowieka, dookoła tylko przyroda. Wracamy o 18:30 tuż przed zamknięciem parku podziwiając zjawiskowy zachód słońca z akacjami w tle.

W drodze powrotnej spotykamy jeszcze stado słoni z młodymi, największy z ich przegonił bawoła z sadzawki, w której się taplały.Przed kolacją odpoczywamy i idziemy wziąć prysznic i tu trudno w to uwierzyć ale naprawdę jest gorąca woda.Na kolacje ,kucharz przygotowuje zupę pieczarkową, pure ziemniaczane, gotowane warzywa i rybę a'la po grecku. Wszystko jest świeże i pyszne, na deser melony i arbuzy. Dzień był męczący ale przepiękny. Wiemy już, że nie żal nam jest ani grosza wydanego na takie safari, warto zapłacić każdą sumę, żeby zobaczyć to co do tej pory oglądaliśmy tylko na national geographic.

01.10.2010 Masai Mara

Rano zaraz po śniadaniu wyruszamy na całodzienne safari, obiad bierzemy ze sobą w formie prowiantu. Poranek jest chłodny więc bierzemy polary ale z godziny na godzinę robi się coraz cieplej. Zaraz po wjeździe do parku widzimy rodzinę lwów, słonie, gazele, bawoły, stada zebr oraz stado sępów jedzących zdechłą w nocy żyrafę

Popołudniu docieramy do granicy dwóch parków Masai Mara i Serengetti, które jest 10 razy większe od Masai Mara. Michael mówi że w Serengetti trudniej wytropić zwierzęta bo są rozproszone na większym obszarze.

granica parków:

Dalej dojeżdżamy nad rzekę Mara, przez którą przeprawiają się gnu w czasie wielkiej migracji. Na brzegu widać mnóstwo szkieletów zwierząt, które przeprawiając się zostały zaatakowane prze krokodyle lub stratowały się nawzajem, połamały nogi.

Wokół pełno sępów i straszny odór unoszący się w powietrzu. Mieliśmy zostać i zrobić sobie przerwę na lunch jednak w tych warunkach nie możliwe żeby cokolwiek wziąć do ust, musimy jechać na prawdę dość daleko żeby nie czuć zapachu padliny. Rozkładamy się pod wielkim drzewem i jemy obiad. W drodze powrotnej widzimy stadko żyraf z pięknymi długimi szyjami wszystkie patrzą w naszą stronę jakby pozując do zdjęć.

Zrobiło się troszkę późno a Michael mówi, że zaplanował jeszcze mnóstwo rzeczy do zobaczenia więc jedziemy. Przejeżdżamy przez rzekę i jedziemy jeszcze około 20 minut gdy nagle Michael skręca w trawę i widzimy dwa przepiękne gepardy tuz przed nami.

Jest to matka z córką, przygotowują się do polowania, jednak nie damy radę tego zobaczyć, mamy jeszcze ok. 70 km drogi powrotnej a bramy parku zamykają o 18:30. Gdybyśmy nie zdążyli nasz przewodnik musiałby zapłacić karę 10 000 Ksh. W drodze powrotnej zatrzymujemy się przy rodzinie lwów spacerujących sobie pomiędzy samochodami i nie robiących sobie zupełnie nic z obserwatorów. Przez bramę przejeżdżamy z innymi autami o 18:35. Zwariowany, cudowny dzień. Wracamy do campu zmęczeni upałem i wytrzęsieni przez drogę powrotną ale z niezapomnianymi wrażeniami i z uśmiechem na twarzach. Zobaczyliśmy dzikie serce Kenii. To co zawsze oglądaliśmy tylko w TV teraz dzieje się na naszych oczach, kilka metrów od nas. Niesamowite i wspaniałe przeżycie warte każdych pieniędzy.

Cieszyliśmy się, że mamy auto tylko dla siebie. Widzieliśmy 8-10 osób w jednym samochodzie i każdy ściśnięty na dachu. Mieliśmy całe auto a co najważniejsze cały otwarty dach tylko dla siebie, mogliśmy spokojnie i bez pośpiechy zwiedzać park a Michael okazał się profesjonalnym przewodnikiem i miłym, uśmiechniętym człowiekiem o ogromnej wiedzy przekazywanej z ogromną pasją.Wieczorem wróciliśmy prosto na ciepłą kolację.

02.10.2010 Masai Mara-Nairobi

Jeszcze przed śniadaniem tuż po otwarciu bramy o 6:00 rano jedziemy na safari podziwiając wschód słońca. Po powrocie do campu zabieramy bagaże i idziemy do wioski Masajskiej. Mieliśmy mieszane uczucia co do tej wizyty ale w końcu zdecydowaliśmy się pójść. W wiosce nie było wodza, pojechał na safari. Wpuszczono nas do wioski, zobaczyliśmy tańce , rozpalanie ognia i oglądnęliśmy wioskę z zagrodami dla zwierząt z gałęzi akacjowych jako ochrona przed ewentualnym wdarciem się drapieżników do wioski. Najbardziej zaskoczeni byliśmy chatą masajską. W środku panuje półmrok, na środku znajduje się miejsce na palenisko (kuchnia) po prawej stronie jest posłanie dla dzieci po lewej większe dla rodziców pokryte skórami kozimi oraz dwa pomieszczenia mniejsze , jedno dla małych kóz drugie dla owiec. Przechowywane są tu dla bezpieczeństwa, Masajowie dzielą się z nimi mlekiem. Siedząc w chacie jeden z Masajów opowiadał nam o zwyczajach i obrzędach panujących w ich plemieniu, dowiedzieliśmy się, że Masajowie mieszkają w domu około 10 lat, potem dom się rozpada i stwarza niebezpieczeństwo dlatego przenoszą się w nowe miejsce i budują nowe domy. Zmarłych smarują tłuszczem i zanoszą do buszu. Wierzą że jeśli ciało zostanie zjedzone przez dzikie zwierzęta oznacza to, że zmarły był dobrym człowiekiem. Młodzi chłopcy, którzy wchodzą w dorosłość spędzają 5 lat w buszu jedząc zioła i rośliny na koniec przed powrotem do wioski muszą zabić lwa i przynieść na dowód swojej odwagi i waleczności jego skórę i ząb. Wtedy staje się mężczyzną, ma powodzenie i szacunek w wiosce. Wydawane jest przyjęcie na jego cześć i może wybrać sobie żonę (za 10 krów).

Droga powrotna do Nairobi minęła nam spokojnie dotarliśmy około 18:00. Od razu udaliśmy się do biura Australkena do Zippy. Niesamowita kobieta, zawsze wesoła i uśmiechnięta, pomocna, zostawia nam swój nr telefonu jakbyśmy czegoś potrzebowali. Jeszcze przed wyjazdem szukaliśmy w internecie biura, z którym pojechalibyśmy na safari, nie żałowaliśmy ani przez chwilę wyboru Australkena. Zippy interesowała się wszystkim i wypytywała czy jedzenie nam odpowiadało, nocleg itp. Zawsze osobiście spotyka się ze swoimi kientami po powrocie i dopytuje co ewentualnie można poprawić, zmienić i od razu to wdraża. Byliśmy bardzo zaskoczeni. Doradza nam też gdzie możemy kupić pamiątki, okazuje się że niedaleko od jej biura i naszego hotelu znajduje się targ masajski. Jutro sprawdzimy.

03.10.2010 Nairobi - Kair

Rano idziemy na polecony przez Zippy targ masajski, trzeba się targować (co ma też swój urok) ale można dostać wiele ciekawych rzeczy. Wróciliśmy do hotelu, zostawiliśmy bagaże w recepcji i jedziemy do Muzeum Narodowego do snake parku. Wracamy do centrum i jedziemy matatu (nr 125) w stronę Sheldrick Wildlife Trust. Mamy umówione spotkanie na 17:00 jako rodzice zastępczy słonika Suguty.

Matatu wysadza nas przy głównej bramie parku i idziemy ok. 10 minut przez park. Jesteśmy przed czasem więc strażnik każe nam chwilkę poczekać. Około 17:00 wchodzimy z kilkoma Hindusami, którzy także przyjechali na umówione spotkanie. Słoniki wracały właśnie z buszu ze swoimi opiekunami. Spotkanie trwało około 1 godziny. Mogliśmy zobaczyć wszystkie maluchy w swoich zagrodach/boksach a ich opiekunowie opowiadali o słonikach, skąd i kiedy zostały przywiezione do ośrodka. W ośrodku były całkiem małe słonie urodzone w tym roku jak i starsze jak nasza Suguta, która w grudniu albo w styczniu zostanie zawieziona do parku Tsavo i dołączy do jakieś dziko żyjącej rodziny słoni. Opiekun mówi, że Suguta jest bardzo niesfornym i uczuciowym słoniem, obawiają się jak to będzie jak opuści ośrodek. Suguta opiekuje się wszystkimi młodszymi słonikami w ośrodku. Wizyta dobiega końca a my wracamy do hotelu po swoje plecaki, jemy obiad i około 21:00 zamawiamy taksówkę na lotnisko (800 Ksh, 30 minut, w ciągu dnia trzeba liczyć na dojazd około 1 godziny). Lot mamy o 5:00 rano.

04.10.2010 Kair

Lot do Kairu trwa 4,5 godz. (linie EgyptAir), na lotnisku sprawdzano nam żółte książeczki ze szczepieniami na żółtą febrę, kupujemy wizę (15$) i wychodzimy przed budynek lotniska skąd odjeżdża bezpłatny autobus do dworca (na Bus Terminal) i przesiadamy się do autobusu do centrum Kairu. Jedziemy około 2 godzin (już o 10:00 rano są straszne korki) i wysiadamy przy Muzeum Egipskim. Szukamy hotelu i trafiamy na Hotel Vienna (26 Mhmoud Bassiyuny St, 3 Floor), pokój jest duży, czysty, jasny iz balkonem i z łazienką (z gorącą wodą). Zostajemy (110LE/pok.). Parę minut od hotelu znajduje się podobno jedna z lepszych restauracji Felfela Restaurant (coś jak Fast food) idziemy sprawdzić. Można zjeść przepyszne falafele, pudding ryżowy, hamburgery, frytki, i smaczne koshari (ryż z makaronem soczewicą i sosem pomidorowym). Od tej pory jest to nasze ulubione miejsce na posiłki w Kairze. Po śniadanio-obiedzie idziemy do Muzeum Egipskiego. Wstęp 50LE/os , do sali mumii 100LE. Muzeum na prawdę robi ogromne wrażenie, zbiory są niesamowite i bogate. Nas najbardziej zaciekawiły zbiory z grobowca Tutenchamona, oczywiście jego piękna złota maska i sala mumii. Niestety w muzeum nie ma klimatyzacji (poza paroma salami) i panuje taki gorąc, że po prawie 4 godzinach mamy dość. Ale będąc w Kairze Muzeum jest po prostu obowiązkowe. Wieczorem snujemy się po uliczkach Kairu wstępując na tradycyjną, słodką herbatę z miętą.

05.10.2010 Kair

Rano śniadanie w Felfela Restaurant z puddingiem ryżowym na deser i jedziemy metrem do dzielnicy chrześcijańskiej Kairu. Bilety na metro kosztują 1 LE. Wysiadamy na stacji Mari Girgis. Wszystkie kościoły są zlokalizowane niedaleko stacji metra, jeden z najładniejszych to Hanging Church (kościół zawieszony) zbudowany na dwóch wieżach nad fosą, którą można zobaczyć w podłodze kościoła. Obok znajduje się kościół św. Jerzego z maleńką kapliczką pod ziemią. Tuż opodal stoi kościół św. Sergiusza słynący z kaplicy, w której przebywała święta Rodzina podczas swojej ucieczki z Egiptu, W 2000 roku kaplica została zalana przez wody podziemne, obecnie wodę wypompowano ale jest zamknięta dla zwiedzających. Pomiędzy meczetem a kościołem św. Jerzego stoi synagoga (wstęp wolny) oraz 1000-letni kościół św. Barbary, który był obecnie w renowacji.

Idziemy na metro i jedziemy do ostatniego przystanku zobaczyć dworzec kolejowy (cały poddany gruntownemu remontowi). Ludzie biegną za pociągami i wskakują do nich w biegu. Staliśmy kilkanaście minut obserwując ten ruch na dworcu. Znajduje się tam kawiarnia z kawą i ciastkami i piliśmy tu chyba najlepszą kawę po turecku, podawaną obowiązkowo z butelką wody mineralnej.

Z dworca robimy sobie długi spacer w rejony bazaru Khan Al. Khali zwiedzając po drodze meczet Al. Azhar i meczet Hussaina. Bazar tętni życiem, przepełniony jest towarami, od ubrań, słynnych egipskich perfum, pamiątek, fajek wodnych po przyprawy, herbaty (pyszna hibiskusowa), daktyle i inne. Wewnątrz bazaru kryją się małe kafejki, w których można wypić kawę, herbatę oraz zapalić sziszę. W ciągamy się na dobre w tą magiczną atmosferę i nawet nie zauważamy kiedy robi się późno. Kręte uliczki, w których można się zagubić, masa towaru i unoszące się zapachy nad bazarem sprawiają , że zatracamy się w czasie a o później porze przypominają nam dopiero puste żołądki. Wracamy do downtown do restauracji Falfela (taxi do downtown 5LE) na falafele i koshari. Wieczór spędzamy w centrum obserwując jak po gorącym dniu miasto wieczorem budzi się do życia. Natrafiamy na cukiernię EL ABD, w której półki uginają się od różnych rodzajów tortów, ciast, ciasteczek w orzechach w czekoladzie z masami, nadziewanych bułeczek na słodko, na pikantnie. Jak zahipnotyzowani stoimy w środku i oglądamy wszystkie pyszności, pracownicy krzątają się biegają i co chwile donoszą coś świeżego i nowego. Ma się ochotę spróbować tego wszystkiego a przynajmniej większości. Decydujemy się w końcu na lody, do których stoi bardzo długa kolejka osobna dla mężczyzn, osobna dla kobiet. (2 gałki kosztują 3LE). Lody truskawkowe, waniliowe, mango, czekoladowe po prostu rozpuszczają się w ustach, są jak taki gęsty sorbet o bardzo wyraźnym smaku owocowych, przepyszne.

06.10.2010 Kair (Giza)

Już wczoraj umówiliśmy się z właścicielem naszego hotelu na całodniową taksówkę do Gizy, Dashur i Sakkarę (160 LE). Z samego rana jedziemy do Gizy. Miasteczko dopiero budzi się do życia, nie ma turystów jest pusto. Na ulicę wyprowadzane są powoli konie i wielbłądy będące potem atrakcją dla turystów.

Wejście do piramid otwierają dopiero o 8:00 rano, byliśmy pierwsi ale zaraz potem nadciągnęły autobusy i tłumy turystów. Ale i tak można było znaleźć jeszcze o tej porze kawałek miejsca dla siebie i móc spokojnie podziwiać te cuda świata nie będąc wciągniętym przez tłumy wycieczkowiczów.

Piramidy i sfinks tak nas wciągnęły, że gdy popatrzyliśmy na zegarek była 12:00. Wracamy do wyjścia, teraz dopiero wejście okupował tłum a przed bramą szereg autobusów czekających na swoją kolej aby móc wysadzić kolejną i kolejną grupę. Jedziemy do Sakkary podziwiać piramidę schodkową a dalej do Dashur (wstęp 30LE). I tu niespodzianka. Jesteśmy praktycznie sami i od razu czujemy magię tego miejsca. Dwie piramidy czerwona i łamana położone na pustyni owiewane piaskiem. Tu tłumy już nie docierają. Wchodzimy także do piramidy czerwonej (wstęp wliczony w cenę biletu). Zejście jest bardzo strome w dół w pozycji prawie kucającej.

Przechodzimy w dole przez korytarz i wchodzimy do jednego z pomieszczeń. Jest niesamowicie. Wychodzimy w tej samej pozycji do góry i do wieczora chodzimy pokracznie z bólem tych samym górnych mięśni nóg.

W drodze do Kairu zatrzymujemy się kupić świeże daktyle, na które właśnie trwa sezon.

Dzień kończymy w restauracji Falfela i ostatni raz jemy lody w EL ABD. Jutro wracamy do domu.

Galeria

Nairobi

(Photo:) posiadłość Karen Blixen(Photo:) posiadłość Karen Blixen(Photo:) posiadłość Karen Blixen(Photo:) posiadłość Karen Blixen(Photo:) kawa(Photo:) w centrum żyraf(Photo:) w centrum żyraf(Photo:) w centrum żyraf(Photo:) w centrum żyraf

The David Sheldrick Wildlife Trust-u suguty

(Photo:) słoniki wracają z buszu(Photo:) nasza adoptowana suguta(Photo:) suguta(Photo:) suguta(Photo:) suguta ze swoim opiekunem(Photo:) suguta ze swoim opiekunem(Photo:) z wizyta u suguty(Photo:) z wizyta u suguty(Photo:) opiekunowie słoników są z nimi cały czas nawet w nocy(Photo:) zabawy kibo i oleare(Photo:) zabawy kibo i oleare(Photo:) zabawy kibo i oleare(Photo:) zabawy kibo i oleare(Photo:) zabawy kibo i oleare(Photo:) kibo i oleare

Masai Mara

(Photo:) w drodze do Masai Mara(Photo:) w drodze do Masai Mara(Photo:) gnu przygotowują sie do wielkiej migracji(Photo:) sęp(Photo:) lwy nic nie robiły sobie z obecności turystów(Photo:) zachód słońca w Masai Mara(Photo:) wracając z parku natknęliśmy sie na stado słoni(Photo:) w nocy padła żyrafa, od razu zleciało się stado sępów(Photo:) drzewo kiełbasiane(Photo:) mieliśmy szczęście do lwów(Photo:) do Masai Mara można przyleciec samolotem(Photo:) na granicy Masai Mara i Serengeti(Photo:) rzeka Mara, przez ta rzekę przechodzą zwierzęta w trakcie migracji(Photo:) nie wszystkie przeżyją(Photo:) gepard(Photo:) wschód slońca(Photo:) w wiosce Masajów

Naivasha

(Photo:) Crater Lake Sanctuary(Photo:) Crater Lake Sanctuary(Photo:) Crater Lake Sanctuary(Photo:) Crater Lake Sanctuary(Photo:) Hell's Gate

Nakuru

(Photo:) w Parku Nakuru(Photo:) jezioro z flamingami(Photo:) widok na jezioro z punktu widokowego(Photo:) agama zcerwonogłowa(Photo:) nosorożce(Photo:) flamingi(Photo:) hiena

Opublikowano 03.10.2010 o 07:00 przez Kasia i Przemek

Szybkie Linki

Odwiedź nasze studio

Podróżuj z nami...

Copyright ©2018 Globtroterzy
Cookie Policy

Designed by Aeronstudio™