"Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej..."


Ryszard Kapuściński

Sri Lanka

SRI LANKA

Plan zwiedzania: Colombo - Tangalle (Mulkirigala, Wewurukannala, Dondra, Unawatuna, Mirissa, Galle) - Buduruwagala - Haputale ( Horton's Plain, Lipton Seat ) - Ella - Kandy - Dambula - Sigiriya - Park Narodowy Minneriya - Pollonaruwa - Colombo

18.12 Colombo -Tangalle

W Colombo lądujemy z opóźnieniem około godziny 16. Zaraz po wyjściu z lotniska znajdują się stoiska z kartami telefonicznymi oraz banki, w których można wymienić pieniądze.
Na stoisku Dialog kupujemy kartę SIM (15 GB za 1500 rupii). Pan z obsługi nawet konfiguruje telefon tak, aby od razu wszystko działało.
Jeszcze z domu rezerwujemy autobus na stronie (busbooking.lk) tak, aby tego samego dnia dostać się do Tangalle.
W związku z tym, że mamy dość spore opóźnienie (samolot) bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy (3000 rupii).
O 18 odjeżdża nasz "express bus" czyli zamiast 3 godzin jedziemy ponad 4 i w Tangalle jesteśmy dopiero około 23:00. Na szczęście odbiera nas właściciel naszego pensjonatu Lonely Beach Hotel , w którym zatrzymujemy się przez kolejne kilka dni.

19.12 Tangalle

Pomimo tego, że śpimy w Lonely Guest House (bardzo polecamy) chodzimy do ośrodka Mangrove , gdzie można poleżeć na plaży na leżakach i zamówić coś z baru na plaży . Tutaj dzięki skałom podczas odpływu tworzy się coś w rodzaju naturalnego basenu, gdzie można bezpiecznie się kąpać. Już kawałek dalej są wysokie i silne fale. Na brzegu stoi nawet tablica ostrzegająca przed zagrożeniem i z zakazem kąpieli.
Plaża jest piękna, długa (ma ponad 4 km), a co najważniejsze praktycznie pusta i dziewicza w kierunku Rekawy. Na samej plaży znajduje się tylko parę ośrodków, nie ma imprez, jest cicho i spokojnie.

20.12 Tangalle

Pada... a właściwie leje.
Podczas śniadania w naszej restauracji, która jest zawieszona nad wodą obserwujemy jak kilka dość pokaźnych rozmiarów waranów przepływa z jednego brzegu laguny na drugi.
Na dzisiejszy dzień umówieni jesteśmy z kierowcą tuk tuka, chcemy pozwiedzać okolicę. Najpierw jedziemy do Mulkirigala i liczymy na późniejszą poprawę pogody.
Droga do świątyń (około 20 km od Tangalle) jest bardzo malownicza i prowadzi przez pola uprawne i ryżowe tarasy.
Mulkirigala słynie ze skały wznoszącej się na wysokość 200 metrów, w której wydrążono 7 buddyjskich świątyń. Znajdują się tu posągi Buddy i bardzo dobrze zachowane malowidła. Najstarsze z nich pochodzą z III w. p.n.e. Wstęp do świątyń kosztuje 500 rupii/os.
Do świątyń prowadzi ponad 500 schodów, z których najbardziej strome są przed samym szczytem skały.

Dalej pada, już wiemy, że dzisiaj nie pojedziemy do Mirissy ale kierowca proponuje nam zatrzymanie się w Wewurukannala, gdzie znajduje się najwyższy na wyspie posąg Buddy (15 m wysokości). Zwiedzamy tu również świątynie z posągami Buddy oraz nietypowe pomieszczenie z figurami i malowidłami przedstawiającymi tortury grzeszników.

Jedziemy jakieś 20 minut i docieramy do Dondra, najbardziej na południu wysuniętej części Sri Lanki gdzie wznosi się latarnia morska niestety zamknięta dla turystów.

Stąd już wracamy do Tangalle, gdyż cały czas mocno pada. Droga zajmuje nam około 40 minut. Po dotarciu idziemy jeszcze na dworzec autobusowy dowiedzieć się o połączenia do Galle. Okazuje się, ze Tangalle jest bardzo dobrze skomunikowana z całym południem, a autobusy kosztują grosze. Bez problemu dotrzemy stąd do Mirissy, Unawatuny, Wellawaya, a pierwszy autobus do Galle rusza już o 4.30 rano.
W centrum Tangalle trafiamy do Dream Family Restaurant i zostajemy na późnym obiedzie.
Wszystko jest świeże, pyszne i tanie. Restaurację prowadzi cała rodzinka łącznie z dzieciakami, które pomagają przy podawaniu potraw, a przemiły właściciel dba o to, aby nikt nie wyszedł stąd głodny, co przy tak ogromnych porcjach jest niemożliwością.
Do naszego pensjonatu wracamy przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Spokojny spacer z cetrum plażą zajmuje nam około 45 minut.

Zauważamy przy okazji, że mieszkamy naprawdę w najpiekniejszym miejscu. W centrum Tangalle znajduje się bardzo dużo gesthousów i noclegów, jak również mniejszych i większych knajpek, jednak plaża tutaj nie jest już taka ładna.
Najpiękniejsza i najspokojniejsza zaczyna się w okolicy Cinnabar restaurant i Ganesh guest house w stronę Lonely Beach. Od tego miejsca nieliczne pensjonaty znajduja się już przy samej , szerokiem i pięknej plaży. Dalej znajduje się ośrodek Mangrove Challets, Lonely Beach Guesthouse , dalej jeszcze 3 male ośrodki i 4 kilometry pustej i dziewiczej plaży.

21.12 Tangalle (Unawatuna, Mirissa, Galle)

Wcześnie rano jedziemy autobusem do Unawatuny. Autobusy z dworca w Tangalle odjeżdżają co 30 minut a po 2,5 godziny jesteśmy na miejscu.
Plaża jest ładna aczkolwiek mocno zagospodarowana i turystyczna.

Idziemy plażą do końca do malej pagody skąd roztacza się fantastyczny widok na druga stronę zatoki.

Dzisiaj pogoda dopisuje więc zatrzymujemy się w jednej z lokalnych knajpek na późne śniadanie na plaży. W drodze powrotnej zatrzymuje nas kierowca tuk tuka i umawiamy się z nim, że zawiezie nas do pagody niedaleko Jungle Beach a potem do Galle.
Najpierw proponuje nam zobaczenie rybaków poławiających ryby w dawny, tradycyjny sposób. Jednak okazuje się, że tradycja ta już dawno wymarła a panowie pobierają opłatę za zdjęcia.

Niedaleko znajduje się jezioro skąd można popłynąć na mini, wodne safari podziwiając różne gatunki ptactwa a nawet podobno można zobaczyć krokodyle. Nie korzystamy ale teren wygląda dziko i dość atrakcyjnie (wycieczka kosztuje 500 rupii za osobę).

Wokół Unawatuny jest sporo atrakcji turystycznych i możliwości spędzenia wolnego czasu poza plażowaniem i surfowaniem. Opuszczamy jeziorko i odbijamy z głównej drogi w wąską i krętą ścieżkę do białej, pięknej pagody podarowanej Lankijczykom przez Japończyków. Stąd roztacza się również ładny widok na zatokę.

Nasz plan pójścia na plażę Jungle Beach pokrzyżował nagły i intensywny deszcz, w którym dojechaliśmy do Galle.
Galle to pozostałości po Europejczykach począwszy od Portugalczyków, którzy pierwsi wybudowali fort, następnie zdobyty i rozbudowany został przez Holendrów i przejęty w końcu przez Brytyjczyków.
Miasteczko przypominało nam Fort Cochin w Indiach.
Spacerujemy w deszczu uliczkami pełnymi turystycznych, eleganckich knajpek i sklepików z pamiątkami, zwiedzamy stare kościoły.
W drodze do latarni wchodzimy do Kościoła Wszystkich Świętych, gdzie zaraz przy wejściu zauważamy płyty z nazwiskami pochowanych tu osób.
Obok latarni zobaczymy bardzo dobrze zachowane mury obronne, a cały fort wpisany jest na listę UNESCO.Galle słynie z tego, że jest najbardziej zróżnicowanym narodowościowo miastem Sri Lanki.
Kolejną ulewę i dwie potężne burze z piorunami przeczekujemy w maleńkiej knajpce kojąc pragnienie pysznymi, świeżo wyciskanymi sokami.
Gdy przestaje padać wracamy na dworzec autobusowy i jedziemy na zachód słońca do Mirissy.
Niestety Mirissa nie przypadla nam do gustu. Niewielka plaża zagospodarowana co do kawałka, pełna ludzi i bardzo głośna. Uciekaliśmy szybko do naszej Tangalle, na której słychać szum oceanu, śpiew ptaków i cykanie cykad zamiast wydobywającej się z każdej knajpki głośnej muzyki.
Wracamy przez Matarę, a podróż zajmuje nam około 2 godzin autobusem.W centrum Tangalle idziemy na pyszny obiad jak jak poprzedniego dnia do Familly Dream Restaurant i tak samo jak wczoraj wszystko jest pyszne i świeże. Do pensjonatu wracamy tuk tukiem po 23.

22.12 Tangalle

Rano budzi nas słoneczko więc po porannym spacerze resztę dnia spędzamy na plaży, która jest oazą spokoju i ciszy. W ciągu całego dnia widzimy tylko parę osób. Jest naprawdę pięknie.

23.12 Tangalle

Plażowania ciąg dalszy... :-)

24.12 Tangalle - Buduruwagala - Haputale

o 7 rano przyjeżdżamy na dworzec i chwilę później jedziemy autobusem do Wellawaya, jednak naszym celem jest Buduruwagala, która znajduje się 5 km przed miastem i umawiamy się z kierowca, że wysadzi nas po drodze (bilet kosztuje 160 rupii).
Po 3 godzinach drogi wysiadamy na skrzyżowaniu przy głównej drodze do Wellawaya. Stąd jest już tylko 5 km do Buduruwagala. Bierzemy tuk tuka i jedziemy wąską drogą przez wioskę z jeziorem porośniętym fioletowymi kwiatami będącymi oazą dla różnego rodzaju ptactwa.

W połowie drogi znajduje się kasa biletowa, opłata za wstęp wynosi 300 rupii za osobę. Po chwili docieramy do celu. Buduruwagala to ponad 1000 - letnie figury Buddy wykute w skale. Najwyższy z posągów jest jednocześnie najwyższym na wyspie i mierzy 15 m.

Jest spokojnie i cicho i tylko mała wycieczka Lankijczyków krąży przy skale. Naprawdę warto odwiedzić to spokojne i piękne miejsce. Wracamy tym samym tuk tukiem do Wellawaya i od razu podjeżdża autobus do Haputale.
Gdy wsiedliśmy do autobusu pan od biletów od razu nam powiedział, że Haputale "will be soon", po godzinie powtórzył nam to samo. "Soon" trwało ponad 2 godziny :-).
Pomimo tego, że Haputale jest oddalone od Wellawaya tylko o 60 km wąska droga i liczne zakręty oraz baaardzo częste postoje sprawiły, że droga nieco nam się ciągnęła.
Gdy wysiadamy już w Haputale bierzemy od razu tuk tuka do wcześniej zarezerwowanego pensjonatu Leisure Mount View położonego wśród plantacji herbat z cudownym widokiem.

O ile jeszcze w Wellawaya było gorąco, tutaj od razu czuć górski klimat, jest mgliście, chłodno i pada lekka mżawka.
Pensjonat jest oddalony od centrum miasta więc zostawiamy bagaże w naszym pensjonacie, gdzie trwają przygotowania do Świąt i z powrotem tuk tukiem (100 rupii) wracamy do centrum zjeść w lokalnej knajpce smaczne rice and curry, za które płacimy 260 rupii (za 2 porcje).

Spacerujemy po tym malutkim miasteczku, które ma w sobie tyle uroku, autentyczności i wyjątkowego klimatu. Z każdej strony otoczone plantacjami herbat i górami, nad którymi unoszą się mgły, a przez miasteczko pomiedzy straganami z owocami przejeżdża pociąg, w dodatku przez kilka dni innych turystów widzimy tylko w naszym pensjonacie. Nie ma tu żadnych restauracji, knajpek turystycznych , tylko te lokalne, co naprawdę sprawia, że miasteczko to będzie jednym z naszych ulubionych miejsc na Sri Lanki.
W miasteczku spotykamy nawet kolędników, którzy doprowadzają nas do malutkiego, niebieskiego kościółka świętego Andrzeja, w którym wśród żywej choinki i szopki można poczuć klimat Świąt.

Niedaleko stacji kolejowej znajduje się sklepik Tea Sales Center, w którym zaopatrujemy się w zielona herbatkę Bassilur. Są też czarne, białe i owocowe, a ich ceny zaczynają się od 400 rupii za paczuszkę. Z herbacianymi zakupami wracamy do pensjonatu i idziemy na spacer na pobliskie pola herbaciane, które roztaczają się wokół.
Mgła unosi się i opada aż w końcu pokrywa wielką czapą pobliskie tereny, widoczność jest bardzo słaba więc wracamy.
O 19 właściciel hotelu przygotował dla wszystkich wigilijną kolację w postaci bufetu, w którym królowały różne postaci ryżu i curry. Ubrano również choinkę i przyozdobiono restauracje ozdobami świątecznymi. Wszystko było pyszne a wieczór wigilijny zakończyliśmy deserami w postaci lodów, galaretek z owocami a nawet torcików przy akompaniamencie kolęd. Było naprawdę miło i sympatycznie.

25.12 Hortons Plain

O 5 rano wyjeżdżamy tuk tukiem (3500 rupii) do Parku Narodowego Równiny Hortona.
Droga zajmuje nam około 1,5 godziny jest zimno ale nasz tuk tuk jest zasłonięty z każdej strony więc nie czujemy porannego chłodu. Przed samym parkiem zatrzymujemy się na piekny wschód słońca.
Po przekroczeniu granicy parku znajdują się kasy, w których musimy zapłacic za biletu wstępu oraz za wjazd tuk tukiem, razem 6700 rupii.
Od tego momentu jedziemy jeszcze około 10 minut a droge przecinają nam sarny i jelenie. Mgły powoli się unoszą otulając okolice pierwszymi promieniami słońca. Jest magicznie.

Zatrzymujemy się na parkingu i udajemy się do wejścia do parku, gdzie poddawane są kontroli zarówno nasze bilety jak i bagaże. Na teren parku nie wolno wnosić plastikowych rzeczy, pudełek, woreczków.
Foliowe woreczki zostają zamienione na papierowe, pierwszy raz na Sri Lance widzimy zakaz wnoszenia dronów.
Po około 600 metrach dochodzimy do znaku, gdzie drogi się rozchodzą. Idąc w prawo dotrzemy najpierw do wodospadu Bakera a idąc w lewo do Małego i Dużego Końca Świata.

W związku z tym, że pogoda w parku jest najpewniejsza do godzin przedpołudniowych (potem często przychodzą mgły i chmury) wybieramy się najpierw do World's End, aby chmury nie zakryły nam pięknych widoków. 8-kilometrową trasę zakończymy w tym samym miejscu.
Droga do Little Worlds End prowadzi w większości prze las mglisty, jest dośc łatwa ale kamienista i śliska przez wczorajsze opady deszczu. Widok z góry jest bajkowy a widocznośc bardzo dobra, robi się już nawet ciepło a słońce grzeje z kazdą chwilą coraz mocniej. Docieramy do platformy widokowej i nie wracamy się z powrotem na szlak tylko idziemy jeszcze dalej i jeszcze wyżej do samego końca i sporej przepaści. Po prawej stronie widzimy wydeptaną ścieżkę , trochę zarośniętą ale doprowadzą nas z powrotem do głównego szlaku bez konieczności wracania się do platformy widokowej.
Głównym szlakiem po chwili dochodzimy do Worlds End a troszkę wyżej znajduje się kolejna platforma widokowa i tu postanawiamy zostać chwilę dłużej i zjeść nasze kanapki, które dostaliśmy w pensjonacie (zapakowane w woreczki :-O:-) ). Jest piękna pogoda, widoki zachwycają, świeci słońce, jest cieplutko.
Stąd już zaczynamy wracać robiąc pętelkę i idąc w kierunku wodospadów Bakera. Dochodząc do nich widzimy jak nagle pojawiają się chmury właśnie w okolicy klifu Końca Świata zasłaniając częściowo widoki. Dlatego najlepiej być tu najwcześniej jak tylko się da aby móc podziwiać widoki parku. Gdy docieramy do parkingu prawie całą okolicę przesłania już mgła i gęste chmury. Pętla zajęła nam 3 godzinki z dość długą przerwą śniadaniową i postojami na spore ilości zdjęć i podziwianie widoków.

Wracamy do Haputale zatrzymując się po drodze z naszym sympatycznym kierowcą na pyszną herbatę z mlekiem.
Docieramy do pensjonatu umawiamy się z kierowcą na jutrzejszy dzień na 5 rano. Jemy w restauracji rozgrzewającą zupę z dyni i idziemy spacerkiem do Adisham Monastery. Klasztor Benedyktynów należał kiedyś do plantatora herbaty Sir Thomasa Lester Villiers, który założył wokół budynku małe ogrody angielskie z różnymi rodzajami kwiatów i roślin.

Wewnątrz możemy zwiedzać jedynie salon oraz bibliotekę. Klasztor otwarty jest jedynie w weekendy oraz święta.
Opuszczamy klasztor i schodzimy drogą w dół az do torów, którymi idziemy do Idalgashinna . Po drodze mija nas kilka pociągów a podczas całej drogi rozciągaja się przyjemne widoki.

Wracamy również pieszo i do Haputale docieramy już na sam wieczór. Dość intensywny deszcz i burzę przeczekujemy w lokalnej knajpce jedząc pyszne curry.

26.12 Lipton Seat

O 5 rano wyjeżdżamy tuk tukiem na Lipton Seat. Po wczorajszej burzy i opadach deszczu na szczęście pozostały tylko kałuże.
Po niecałej godzince drogi docieramy do bramy, gdzie zaczynają się plantacje herbaty. Brama jest zamknięta, kierowca mówi, że prawdopodobnie będziemy musieli iść ostatni kilometr na nogach co oznacza,żze nie zdążymy na wschód słońca tylko zobaczymy go gdzieś z drogi.
Na szczęście po chwili ktoś przychodzi, płacimy wstęp (100 rupii/os oraz 100 rupii za wjazd tuk tukiem) otwiera bramę i możemy jechać dalej.
Dojeżdżamy na samą górę w momencie gdy słonko przebija się przez chmury a znad szczytów gór podnosi się mgła. Jest przepięknie a co najważniejsze jesteśmy tu sami, nie ma kompletnie nikogo. Po wschodzie słońca docierają ty tylko 4 kolejne osoby.

Po wschodzie słońca na samej górze otwiera się mała knajpką, w której pijemy ciepłą herbatę.
Oczywiście drogę powrotną (około 6 km) od początku planujemy pokonać na nogach.
Wszędzie rozciągają się plantacje herbaty i to jedne z najpiękniejszych jakie kiedykolwiek widzieliśmy.
Zbaczamy z głównej drogi i idziemy tymi wąskimi, pomiędzy polami herbaty docieramy do malutkiej wioski ze świątynią,
w której dzisiaj odbywają się uroczystości.
Pogoda dopisuje i tworzy magiczny klimat gdyż na przemian przeplata trochę słońca z osiadającymi i podnoszącymi się mgłami.

Schodzimy znowu w dół i zauważamy Tamilki zbierające herbatę. Robimy parę zdjęć, nikt nie chce od nas pieniędzy, jest zupełnie inaczej niż w Indiach. Dochodzimy również do kolejnej malutkiej wioski, gdzie znajduje się tylko kilkanaście domów a dzieciaczki wracają z odległej szkoły. Uwielbiam takie klimaty.

Po drodze spotkaliśmy grupkę dzieciaczków, spytaliśmy się czy jest gdzieś w pobliżu sklep, w którym moglibyśmy dokupić wodę , dzieciaki odpowiedziały, że nie ma i wyciągnęły swoja wodę aby się nią z nami podzielić. Oczywiście podziękowaliśmy ale byliśmy naprawdę zaskoczeni. Pamiętajcie, że na całej trasie nie ma żadnego sklepu, w którym można kupić coś do picia i jedzenia (oprócz restauracji na samym szczycie Lipton Seat), dlatego warto zabrać ze sobą większe zapasy wody jeśli planujemy pokonać tą trasę na nogach tak jak my.
Po około 6 kilometrach trasy z zapierającymi dech widokami pośród pięknych plantacji herbaty docieramy do fabryki Dambatenne, gdzie za opłatą (200 rupii/os) możemy zobaczyć proces przetwarzania herbaty od momentu przywiezienia listków do fabryki po moment pakowania w zależności od rodzaju i jakości herbaty.

Z Dambatenne odjeżdżają autobusy do Haputale (30 rupii) i po około 20 minutach oczywiście szaleńczej jazdy jesteśmy w centrum. Idziemy do Risara restaurant, za dwie zupy, ryż z warzywami oraz pyszna herbatę płacimy 700 rupii.
Idziemy jeszcze w dół do meczetu a idąc dalej po lewej stronie mijamy piękną i kolorową świątynię. Kilkadziesiąt metrów dalej po lewej stronie znajduje się platforma widokowa, z której rozciąga się piękny widok na góry porośnięte krzakami herbaty.

Dzień kończymy w naszym pensjonacie, w którym właściciel znowu przygotował świąteczna, pyszną kolację przy dźwiękach kolęd.

27.12 Ella

Wstajemy wcześnie i o 6 idziemy na śniadanie . Od wczesnego świtu strasznie leje i wszystko jest owiane mgłą. Po śniadaniu przyjeżdża po nas kierowca tuk tuka i jedziemy do Ella (17 km) do Eesfani Guesthouse. Tu musimy poczekać ponad godzinkę, gdyż ulewa w ogóle nie przechodzi wręcz pada z każdą chwilą mocniej. Po okolo 2 godzinach pożyczamy od właścicieli parasol i idziemy zwiedzić okolicę. Naszym pierwszym przystankiem jest stacja kolejowa, która znjduje się tuż obok pensjonatu. Okazuje się, że rezerwacje na większość pociągów są już wykupione do 4.01, pozostaje więc przyjść nam w danym dniu 30 minut przed odjazdem pociągu i wykupienie biletu na nierezerwowane miejsca.
Z dworca idziemy w stronę fabryki herbaty mijając po drodze plantacje i Tamilki zbierające tutaj ręcznie listki herbaciane.

Tuk tukiem (400 rupii) jedziemy do pobliskiej miejscowości Demodara do kamiennego mostu Nine Arch Bridge , który jest pozostałością kolonii Brytyjskiej na Sri Lance.
Liczymy na to, że o 15.20 pojedzie pociąg, jest jednak spóźniony ponad godzinę. Na moście są tłumy turystów, chodzą po krawędzi mostu i siadają nad samą przepaścią na oczach ochrony, która kompletnie nic sobie z tego nie robi.
Gdy już przyjeżdża pociąg robi się dość późno, wracamy do miasteczka torami, co zabiera nam niecałe 40 minut a po drodze kupujemy pyszne, świeże kokosy.

Dzień konczymy w restauracji Chili na naprawdę pysznym jedzeniu. Tutaj dopiero widzimy ile ludzi przebywa w Ella. Wszystkie piętra restauracji są całe zajęte, a tłum ludzi czeka w kolejce na wejście do lokalu.
Ella jest bardzo turystycznym miasteczkiem i dość drogim.
Nie umywa się do prawdziwego, autentycznego Haputale, gdzie życie ludzi toczy się swoim życiem a kilkoro turystów jest tylko dodatkiem do niego. W Ella wszystko podporządkowane jest i kręci się wokół turystów.

Atrakcje turystyczne Ella i okolic:

28.12 Ella

Wstajemy o 4.30 i idziemy dzisiaj na wschód słońca na Little Adam's Peak. W związku z tym , że nasz nocleg jest na drugim końcu miasta przy dworcu kolejowym, umawiamy się na rano z kierowcą tuk tuka , który podwozi nas do miejsca, w którym zaczyna się szlak na górę.
Jest cicho i spokojnie, nie ma nikogo, nad nami tysiące gwiazd, które oświetlają nam drogę, a lekki wiaterek nas orzeźwia.
Szlak jest bardzo prosty, najpierw prowadzi łagodną, szeroką drogą lekko w górę, a ostatni kawałek to kamienne schody prowadzące już na sam szczyt.
Gdy dochodzimy na szczyt jesteśmy pierwszymi i jedynymi osobami czekającycmi na wschód słońca. Po chwili przychodzi jeszcze tylko kilka osób.
Wschód słońca jest prześliczny pomimo tego, że chmury co chwilę przesłaniają i odsłaniają słonko.

Gdy schodzimy na dół, w górę zmierza spora grupka osób. Teraz, gdy zrobiło się już jasno widzimy, że przy szlaku rosną plantacje herbaty, po drugiej stronie wznosi się także Ella Rock, nasz kolejny, dzisiejszy cel.
Wracamy na nogach do naszego pensjonatu na pyszne śniadanie i o 8.30 jedziemy tuk tukiem jeszcze raz na Nine Arch Bridge. Tym razem pociąg jadący z Badula nie spóźnia się i przejeżdża punktualnie na torach.
Warto sobie sprawdzić rozkład jazdy i zaplanować wizytę na moście tak, aby załapać się na pociąg jadący z Badulla a nie z Colombo. Te nadjeżdżające z drugiej strony właśnie z Colombo są zawsze mocno spóźnione. Badula jest niedaleko Ella więc te jadące z Badula do Colombo są o czasie.

Stąd idziemy torami do stacji kolejowej w Ella (35 minut), a dalej do stacji Kithaella (około 40 minut).
Idąc torami możemy podziwiać w oddali wodospad Rawena, do którego po drodze możemy zejść tuz przed stacja kolejową.

Aby dojść na szlak na Ella Rock musimy minąć stacje kolejową i drugą, dość mocno wydeptaną ścieżką skręcić w lewo. Po chwili zobaczymy metalowy most, którym należy przejść i iść dalej ścieżką przez wioskę i uprawy. Koło małego sklepiku należy skręcić w lewo do góry aż dojdzie się do punktu widokowego. Stąd jeszcze około 45 minut na sam szczyt widocznym i wydeptanym szlakiem.
Ze szczytu rozciąga się widok na górki i Little Adams Peak.

Wracamy tą sama drogą. Ze stacji kolejowej odjeżdżają pociągi do Ella o 13:30 i 15:10.
Nam nie udaje się zdążyć na ten pociąg o 13:30 więc z powrotem również wracamy torami do miasta.
Głodni jak wilki od razu kierujemy się do małej restauracyjki Matey Chut na przepyszne, warzywne curry (480 rupii), jedno z najlepszych jakie jedliśmy na Sri Lance.

29.11 Ella - Kandy

Wstajemy standardowo o 5 rano i przed 6:00 jesteśmy na stacji kolejowej, aby kupić bilet do Kandy.
Po chwili za nami ustawia się już spora kolejka. Widząc , ze większość kupuje bilety na 2 klasę oraz rezerwowane miejsca w klasie 3, kupujemy nierezerwowane miejsca w klasie 3.
Gdy wsiadamy do pociągu jest jeszcze sporo wolnych miejsc i spokojnie zajmujemy sobie siedzenia przy oknie.
W okolicach Haputale robi się już dość tłoczno. Tak więc jeśli wsiadacie w Badula lub w Ella wolne miejsca będą na pewno. Na kolejnych stacjach zrobił się już spory ścisk, w którym nie chcielibyśmy stać przez kilka godzin, warto wtedy pomyśleć o wcześniejszej rezerwacji biletów.
Podóż 3 -klasa jest atrakcja samą w sobie, Lankijczycy są bardzo mili, wszyscy się usmiechają. Do wagonu wchodzą sprzedawcy herbaty i różnych przekąsek (zupełnie jak w Indiach).
Widoki za oknem zmieniają się od górzystych z unoszącą się mgłą sprawiającą wrażenie, ze pociąg unosi się w chmurach po plantacje herbaty, uprawy, wodospady mniejsze i większe.

Jest tak pięknie, że 7-godzinna podróż minęła nam w oka mgnieniu.
Z dworca jedziemy tuk tukiem do pensjonatu Charlton Guest House, który szczerze polecamy. Znajduje się w centrum Kandy ale pokoje usytuowane są w dziedzińcu, co sprawia, że nie słychać gwaru ulicy i okolicy, a bliskość centrum ma swoje zalety jeśli spędzamy tu tylko dzień lub dwa. Wszędzie możemy dotrzeć na nogach.
Jemy rice and curry w miejscowej knajpce i jedziemy tuk tukiem do Udawattakelle Sanctuary czyli małej dżungli w środku miasta. Kupujemy bilety (675 rupii/os.), dostajemy mapkę z wyznaczonymi szlakami i idziemy. Udaje nam się obejść prawie cały rezerwat , szlak gubimy w okolicach lian tzw "giants lians, tu szlak się urywa i musimy wrócić do głownej ścieżki.

Spotykamy stada małp i jelenie. Miejsce to jest naprawdę wyjątkowe, a ze względu na późna pore jesteśmy tu sami. Do bramy wracamy kilka minut po 17 czyli tuz po zamknięciu, pani kasjerka nas wypuszcza i zamyka bramy. Schodzimy stąd na nogach do Świątyni Zęba Buddy.
Przy wejściu sprawdzany jest odpowiedni ubiór oraz przeszukiwane są bagaże. Dopiero po kontroli można wejśc na teren świątyni.
W głównym budynku, na piętrze znajduje się relikwia - ząb Buddyprzechowywany w złotej stupie za złotymi drzwiami, które zostają otwarte podczas ceremonii odbywajacej się codziennie o 18:30.
Zwiedzamy cały kompleks wraz z muzeum słonia Raja, który obecnie wypchany, kiedyś uczestniczył w corocznym święcie Esala Perahera.
Wchodzimy do głównego budynku i idziemy na górę. Po chwili szłyszymy odgłosy bębnów i trąbek i rozpoczynają się uroczystości, podczas których otwierają się drzwi i wierni mogą dostrzec relikwie. Jest duszno i tłoczno. Wszystko trwa około 20 minut.

Gdy wychodzimy z kompleksu okazuje się, ze osoby, które przyszły tylko na ceremonię później od nas, musiały wykupić bilet wstępu, który kosztuje niemało bo 1500 rupii za osobę.Późnym wieczorem wracamy do hotelu.

30.12 Kandy -Dambulla - Sigiriya

Dambulla

O 7.00 rano jedziemy autobusem z dworca przy Clock Tower do Dambulla (ok 2 godz. 150 rupii/os). Na dworcu bierzemy tuk tuka i jedziemy do jednego z Guest Housów zostawić bagaż. Przemili gospodarze zgadzają się, aby zostawić u nich plecaki, a my za to decydujemy się pojechać z synem właściciela do Sigirija.
Kombinujemy, że bardziej nam się to opłaca niż brać tuk tuka na dworzec, następnie autobus i znowu tuk tuka do naszego pensjonatu w Sigirija. Cenowo wyjdzie podobnie a na pewno szybciej.
Aby wejść do świątyń na samej górze musimy kupić bilet. Jednak kasa biletowa znajduje się w dość absurdalnym miejscu, gdyż najpierw trzeba wejść na teren kompleksu (czyli wejść po schodach od głównej świątyni z paszczą smoka), a następnie na rozwidleniu skręcić w lewo i zejść do bocznego wyjścia skąd należy jeszcze przejść ok 300 m, po to aby pokonać tą samą drogę powrotną już z biletami. Bilety kosztują 1500 rupii/os. Od rozwidlenia kierujemy się schodami do góry przez punkt widokowy, z którego widać skałę Sigirija.
Cały kompleks świątynny opanowały makaki, które potrafią być dość agresywne. Docieramy na samą górę i zostawiamy obuwie w obowiązkowej przechowywalni obuwia. Po przejściu punktu kontrolnego (to tutaj właśnie sprawdzane są bilety a ci, którzy ich nie mają muszą wracać się całą drogę z powrotem w dół) docieramy do kompleksu pięciu świątyń w naturalnej skale.

Zwiedzanie zaczynamy od ostatniej, najmniejszej świątyni, kierując się w stronę tych największych. O 10.30 trafiamy na 15 -minutową przerwę, to czas na celebrację buddy. We wszystkich świątyniach znajdziemy przepiękne malowidła ścienne oraz posągi Buddy. Najpiękniejszą ze świątyń jest druga z nich Maharaja- Vihara mająca 50 m długości, pochodząca z I w p.n.e.

Wracamy po swoje bagaże i tuk tukiem jedziemy do Sigirija, gdzie zatrzymujemy się w pensjonacie Paradise Inn. I naprawdę czujemy się jak w raju.
Pokoje są ogromne, czyste z tarasem z widokiem na ogród i pola ryżowe, nad którymi wznosi się Lwia Skała. Właściciele są przemili i robią wszystko, aby nasz pobyt u nich był niezapomniany, co tak właśnie się dzieje.

Zostawiamy bagaże i idziemy do niewielkiego centrum, które stanowi kilka sklepów i restauracji, dzięki czemu jest tu spokojnie. Sigiriya nie jest nawet miasteczkiem tylko wioską, co sprawia, że ma niepowtarzalny klimat i urok.
Popołudnie spędzamy spacerując pod skałą i wokół wioski porośniętej polami ryżowymi, na końcu której znajduje się jezioro pełne kwiatów lotosu i odbijające ostatnie promienie słońca dzisiejszego dnia.

31.12 Sigiriya

Wstajemy o 6:00 rano i idziemy około 25 minut do skały, czyli do ruin króla Kasyapy.Kasy otwierane są o 7:00 rano, jesteśmy pierwsi więc przechodzimy przez kontrolę i udajemy się do góry aby przez chwilkę mieć Lwią Skałę tylko dla siebie w promieniach wschodzącego słońca.

Powoli zaczynamy się wspinać kamiennymi schodami i dochodzimy do ogrodów kaskadowych skąd zaczyna się najtrudniejszy odcinek do pokonania. Po kolejnej kontroli biletów możemy wejść krętymi schodami usytuowanymi na urwisku skalnym do jaskini z malowidłami ściennymi przedstawiającymi niebiańskie dziewice.

Trzech strażników pilnuje aby każdy stosował się do zakazu robienia zdjęć. Po zejściu z powrotem na główny szlak, schody prowadzą korytarzem z polerowaną ścianą zwaną lustrzaną, gdzie dawniej zwierciadło odbijało wizerunki kobiet namalowanych na skałach.
Władca skały sprowadzał do swojej posiadłości najpiękniejsze kobiety z całego świata, dla których stworzył zespół fontann, kaskad i basenów . Oglądał je kąpiące się ze swojej posiadłości na górze.
W końcu dochodzimy do platformy lwa gdzie widzimy jego charakterystyczne i słynne łapy. Stąd na sam wierzchołek skały prowadzą metalowe schody, podobno przywiezione z Londynu. Na szczycie podziwiać można ruiny pałacu łącznie z klimatyzowanym tronem władcy, basen oraz przepiękne widoki. Póki co jest tylko parę osób ale z każdą chwilą przybywa więcej a gdy wracamy z powrotem na schodach tworzy się już korek.
Po drodze zauważamy tabliczki ostrzegające przed możliwością ataku pszczół, w końcu to one i krokodyle strzegły od zawsze skałę. Podobno zdarzały się przypadki ataku pszczół na turystów więc na wszelki wypadek staramy się nie hałasować :-).

Naprawdę warto wstać wcześnie rano, aby móc się wspinać i podziwiać skałę w samotności , tym bardziej z każdą chwilą panuje również coraz większy upał. Cała droga wraz ze wspinaczką na górę i z drogą powrotną do pensjonatu zajmuje nam 3,5 godziny i o 10:00 rano meldujemy się u nas na pysznym śniadaniu.
Po śniadaniu, kąpieli i odpoczynku bierzemy od właścicieli rowery i jedziemy do centrum miasta zjeść obiad przed wejściem na Pinduragalę.
Jemy w restauracji Wijesiri Family Restaurant i musimy przyznać, że po przetestowaniu kilku w okolicy tutaj jedzenie smakuje nam najbardziej.

Jedziemy rowerami czerwoną, szutrową drogą w stronę bliźniaczej skały Pidurangala i czujemy się jak w Birmie.
Szlak rozpoczyna się przy małej, białej świątyni, w której trzeba zapłacić wstęp w wysokości 500 rupii za osobę. Przy kasach zostawiamy także nasze rowery.

Droga na górę nie jest bardzo wymagająca i z postojami na zwiedzanie świątyni (koniecznie zobaczcie na dole przed wejściem na sam szlak na górę malutką świątynię w jaskini, w której znajdują się malowidła i posągi Buddy) zajmuje nam około 25 minut chociaż z opisów innych podróżników nastawialiśmy się na jakąś godzinę więc na górze jesteśmy dość wcześnie.

Najtrudniejszym odcinkiem jest kawałek tuż przed szczytem, gdzie trzeba przeciskać się pomiędzy skałami i wspinać się po nich. Jednak trudy wspinaczki rekompensują nam wspaniałe widoki.

Spacerujemy i zostajemy tu aż do zachodu słońca, który dzisiaj jest bajkowy bez ani jednej chmurki. Zaraz po zachodzie słońca zaczynamy schodzić w dół aby przynajmniej ten najtrudniejszy odcinek drogi pokonać póki jest jasno. Inne osoby wpadły na ten sam pomysł i przez chwilę trasa się korkuje, gdyż przejście między skałami faktycznie nie jest łatwe, jednak po chwili idziemy dalej i w zasadzie do samego dołu udaje nam się zejść bez latarki, a ostatni odcinek schodów już przy świątyni jest oświetlony. Bierzemy nasze rowery i pędzimy prawie w totalnych ciemnościach wokół skały kierując się w stronę wioski. Mijamy znaki ostrzegające o możliwości pojawienia się dzikich słoni na tym terenie. Od razu zatrzymujemy się w naszej restauracji Wijesiri na pyszną kolację rice and curry. Tak kończymy nasz długi i jeden z najpiękniejszych dni na Sri Lance. Nie da się ukryć, że Sigirija to jedno z najpiękniejszych miejsc tutaj, jeszcze nie skomercjalizowana, mała wioska ma naprawdę dużo uroku a pobliskie pola ryżowe, wioski i dżungla sprawiają że jest to po prostu pięknie oby tak zostało

01.01.2018 Sigiriya - Minneriya National Park - Pollonaruwa

Po późnym śniadaniu bierzemy od naszych gospodarzy rowery i jedziemy do świątyni z białym, wysokim posągiem Buddy, którego wczoraj widzieliśmy ze skały.
Jest jeszcze wcześnie, drogi są puste, słońce świeci a my z wiatrem we włosach mkniemy koło Lwiej Skały.
Docieramy do świątyni Kimbissa Temple i nie ma tu nikogo, jesteśmy sami a świątynia jest przepiękna . Na środku stoi charakterystyczny, wysoki, biały posąg Buddy a dookoła posągi mnichów. Idąc w głąb świątyni dotrzemy do małej jaskini z malowidłami i posągami Buddy. Jest pięknie, koniecznie tu dotrzyjcie, od kas biletowych jest około 1 km a na rowerze i dotarcie tutaj zajmuje dosłownie chwilkę.

Sigiriya jest tak piękna i sielska szczególnie z siedzenia roweru, że aż żal nam opuszczać to miejsce. Wracamy jednak do pensjonatu gdyż po 13:00 nasi gospodarze zarezerwowali nam Safari do parku Minneriya. Podobno stada słoni nadal przebywają na terenie parku, nie możemy przegapić okazji zobaczenia ich.
Płacimy 14 500 rupii za dwie osoby za wstęp do parku oraz Jeepa z kierowcą tylko dla nas.
Po około pół godzinie jazdy wjeżdżamy na teren parku i już po kilku minutach dostrzegamy pierwszego słonia w zaroślach. Są też małpy, pawie i ogromne ilości ptaków czyli raj dla ornitologów.
Jedziemy dalej w stronę jeziora i naszym oczom ukazują się pierwsze stada słoni wraz z małymi słoniątkami. Po kilku minutach spotykamy kolejne stado liczące w około 50 sztuk.

Park nie jest duży i obserwowanie słoni jest bardzo łatwe. W sezonie słonie odbywaja tędy swoją wędrówkę więc nietrudno zobaczyć te majestatyczne zwierzęta wzdłuż zbiorników wodnych. Całość safari zabiera nam około 4 godzin wraz z dotarciem do parku. Umawiamy się także z kierowcą jeepa, że w drodze powrotnej podrzuci nas do Habarara na autobus do Pollonaruwa, do której docieramy gdy jest już dość późno. Zatrzymujemy się w Thenuja Guesthouse i ku naszemu zdziwieniu jesteśmy tu sami. Jest czysto i schludnie, a gospodarz jest przemiłym człowiekiem. Jeszcze tego samego dnia przygotowuje nam swoje rowery na następny poranek.

02.01 Pollonaruwa

Po wczesnym śniadaniu bierzemy rowery od właściciela naszego pensjonatu i jedziemy do Muzeum, gdzie należy kupić bilety wstępu sprawdzane przed wejściem na teren Starego Miasta. Zwiedzanie muzeum zawarte w cenie biletu postanawiamy zostawić sobie na sam koniec, a o tym jak dobra to była decyzja przeczytacie później. Jedziemy do wejścia i przejeżdżamy przez punkt kontroli biletów i skręcamy od razu w prawo w stronę Cytadeli i pałacu.
Generalnie zwiedzanie tego terenu jest bardzo łatwe i intuicyjne. Przez Stare miasto biegnie jedna, główna droga a zabytki znajdują się odpowiednio po prawej i lewej stronie. Wszystko jest jasno oznaczone, są strzałki i tablice informacyjne.

Najlepszym sposobem zwiedzania jest wypożyczenie roweru. Możemy zrobić to w większości pensjonatów lub przed wejściem na teren miasta. Dzięki temu wszędzie szybko dotrzemy a przy tym będziemy mieli ogromną frajdę czując się jak odkrywcy zabytków pochłoniętych przez dżunglę :-). Spacer na nogach ze względu na dość spory odległości pomiędzy kolejnymi zabytkami odpada, tym bardziej że panuje dość duży upał uprzykrzający chodzenie. Na rowerze lekki wiaterek dodatkowo nas chłodzi i orzeźwia. Nasze zwiedzania zaczynamy od Cytadeli, w której najważniejszym obiektem są ruiny pałacu królewskiego posiadającego kiedyś aż 7 kondygnacji.

Naprzeciwko pałacu znajdziemy bardzo dobrze zachowany basen kąpielowy króla, a obok siedzibę Rady Ministrów z charakterystyczną balustradą z rzeźbionymi lwami i słoniami. Zauważyć można brak dachu, który według ekspertów był kiedyś drewniany.

Wracamy na główną drogę i zaraz za punktem kontroli biletów znajduje się świątynia Penisa Sziwy, a kawałek dalej po lewej stronie Święty Kwadrat, do którego wchodzi się po kamiennych schodach.

Od razu po lewej stronie w oczy rzuca się okrągła buddyjska stupa Vatadage z posągiem Buddy na środku oraz kolejnymi czterema posągami wokół patrzącymi w cztery strony świata.

Za stupą znajduje się świątynia Tuparama (z rusztowaniami), w której kiedyś na środku stał ogromny posąg Buddy z szafirami w miejscu oczu. Naprzeciwko posągu znajduje się okno, a wpadające światło miało dokładnie odbijać się w oczach Buddy. Gdy wejdziemy do świątyni i popatrzymy wysoko w górę po lewej stronie zobaczymy smugę wpadającego światła z okna. Niestety posąg największego Buddy się nie zachował ale zobaczyć możemy mniejsze posągi.

‎Po drugiej stronie znajduje się najstarszy budynek w Świętym Kwadracie świątynia Atadage oraz świątynia Hatadage - świątynia zęba.
‎ Kawałek dalej w stronę wyjścia przed nietypową świątynią Satnahal Prasada podarowaną Lankijczykom przez Khmerów stoi Kamienna księga Gal Pota przywieziona tu z odległości ponad 100 km z Mihintale i ważąca ponad 15 ton.

‎ Wracamy po rowery i jedziemy dalej główną drogą gdzie po chwili zauważamy znak w prawo kierujący na Pabalu Vihara oraz Shiva Devala.

Jedziemy najpierw do końca drogi gdzie znajduje sie Shiva Devala a w drodze powrotnej przy głównej drodze skręcamy w prawo do Pabalu Vihara.
‎Takie miejsca lubimy najbardziej nie ma tu nikogo oprócz wszędobylskich małp.

Wracamy znowu do głównej drogi i jedziemy kawałek dalej aż do stupy Rankot Vihara, mającej 50 m wysokości.

Za stupą zatrzymujemy się przy całym kompleksie zabytków, na który składaja się Lanka Thilaka czyli świątynia buddyjska z ogromną statuą Buddy bez głowy.

Przy bocznym wejściu po prawej stronie na łukiem zobaczyć można nieoznaczone aczkolwiek piękne malowidła.

Tym wyjściem wchodzimy na teren kolejnego zabytku z całego kompleksu do białej stupy Kiri Vihara.
Trafiamy tutaj na obrzędy i ceremonię, na które zostaliśmy zaproszeni a na koniec na wspólny posiłek, na który składa się ryż na słodko z daktylami, ciastka i banany, a wszystko to podane na liściach bananowca.

Jedzonko było dla nas prawdziwym zbawieniem, gdyż od wczesnego śniadania już minęło sporo czasu, a na terenie miasta jest tylko kilka małych stoisk, na których kupimy tylko napoje. Nie ma tutaj ani jednej restauracyjki, w której można coś zjeść. Warto o tym pamiętać, gdyż bilet jest tylko jednokrotnego wstępu, jeśli więc opuścimy teren Starego Miasta nie będziemy mogli już tu wrócić. Posileni pysznym posiłkiem zwiedzamy białą, ogromną stupę i podziwiamy te mniejsze z nich pokryte mchem, które są mogiłami mnichów buddyjskich, jednak nie są zakończone piką.
Wracamy do głównej drogi i po chwili docieramy do największej atrakcji Starego Miasta czyli do Gal Vihara. Jest to wyrzeźbiona w skale świątynia z posągami Buddy, w tym z 14-metrowym posągiem umierającego Buddy. Niestety obiekt został zadaszony blaszanym dachem, co znacznie odbiera mu uroku. Obok znajduje się mały staw cały pokryty kwiatami lotosu.

Większość turystów w tym miejscu kończy swoje zwiedzanie, jednak kawałek dalej w dżungli jest jeszcze kilka zabytków wartych zobaczenia. Jedziemy dalej.
Wracamy na główną drogę i dojeżdżamy do znaku pokazującego skręt na trzy obiekty, skręcamy w ubitą ścieżkę prawo. Pierwszym zabytkiem są ruiny stupy Demala Maha Saya po prawej stronie, a kawałek dalej znajduje się Ponds Lotus czyli zbiornik wodny właśnie w kształcie kwiatu lotosu.

Dojeżdżając do samego końca dotrzemy do najlepiej zachowanej świątyni na całym obszarze Tivanka Patamaghara. Wnętrze świątyni w większości pokryte jest pięknymi malowidłami, obowiązuje zakaz robienia zdjęć egzekwowany przez strażnika .
To również postawiono blaszane rusztowanie nad świątynią.

Wracamy do głównej drogi i nie kierujemy się w stronę strzałki z napisem wyjście (exit) czyli w prawo tylko jedziemy w lewo tą sama drogą, którą tu przyjechaliśmy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w klasztorze Manik Vehera,który ominęliśmy niechcący po drodze.

Docieramy znowu do punktu kontroli biletów, czyli do miejsca, w którym rozpoczynaliśmy zwiedzanie i kierujemy się w stronę muzeum. Pisaliśmy na początku, że była to dobra decyzja. Gdybyśmy przyjechali tu na początku niewiele mówiłyby nam rekonstrukcje i zdjęcia zabytków, jednak teraz po zwiedzeniu ruin miasta orientujemy się w zabytkach na tyle, że rekonstrukcje niektórych z nich z tych które właśnie widzieliśmy naprawdę robią na nas ogromne wrażenie szczególnie konstrukcja stupy Vatadage.
Zabytki są przepiękne, a ich odkrywanie dostarcza dużo radości, szczególnie że niektóre obiekty i sam otaczający je teren przypomina nam ukochaną Birmę. Wbrew naszemu wyobrażeniu nie było tłumów i w każdym obiekcie spotykaliśmy może parę osób a wczesnym rankiem byliśmy to sami. Miejsce jest przepiękne i nie można go ominąć podczas zwiedzania Sri Lanki.

03.12 Pollonaruwa - Colombo

O 5:30 nasz przemiły właściciel pensjonatu przygotowuje nam herbatę i przed 6:00 rano zawozi nas do oddalonej o 3 km miejscowości na autobus do Kolombo. Odjeżdżamy punktualnie o 6 rano. Kierowca pędzi jak szalony i tym sposobem w Colombo jesteśmy już przed 11:00 rano i docieramy do miejsca, w którym spędzimy ostatni dzień na Sri Lance, do pięknego hotelu Grand Oriental Hotel mieszczącego się przy samej zatoce i porcie. Stary, kolonialny hotel jest przepiękny aczkolwiek nadgryziony zębem czasu. Panuje tutaj cudowna atmosfera, a z restauracji na górze przy dźwiękach fortepianu i saksofonu na żywo możemy delektować się zarówno cudownym widokiem jak i smaczną kuchnią.

Zwiedzamy wszystkie zakamarki tego ponad 125 letniego a wczesnym popołudniem jedziemy do buddyjskiej świątyni Seema Malaka wybudowanej na wodach zbiornika.

Idąc pieszo kilka minut dalej docieramy do świątyni Gangarayama mającej ponad 120 lat i będącej rodzajem swoistego muzeum, które wygląda jak jeden wielki, wspaniały antykwariat.
Znajduje się tu przeogromny zbiór rzeczy, prezentów i podarunków zarówno od wiernych jak i ważnych osobistości między innymi Królowej Elżbiety. Muzeum pęka w szwach od maleńkich figurek Bożków, pamiątek, aparatów, porcelany, kamer, biżuterii jak również starych aut w tym Royce Rolls'ów, jest również stara winda
Bilety łączony do Seema Malaka i Gangarayama kosztuje 300 rupii.

Wracamy przez Galle Face Green i kolację jemy w hotelu z pięknym widokiem podświetlanego portu przy dźwiekach saksofonu.
O 3:00 w nocy jedziemy wcześniej zamówioną taksówką w hotelu za 30 $ na lotnisko. Drogi są puste, więc droga w nocy zajmuje nam około 35 minut. O 6:00 rano wylatujemy do Male.

Wideo Galeria

Galeria

Tangalle

Mulkirigala

Wybrzeże (Wewurukannala, Dondra, Unawatuna, Galle)

Buduruwagala

Haputale - Horton's Plain

Haputale - Lipton's Seat

Ella

Kandy

Dambula

Sigiriya

Park Narodowy Minneriya

Pollonaruwa

[1519495914_DSC_1331-gallery.jpg|]

Colombo

Opublikowano 29.01.2018 o 00:41 przez Kasia

Szybkie Linki

Odwiedź nasze studio

Podróżuj z nami...

Copyright ©2018 Globtroterzy
Cookie Policy

Designed by Aeronstudio™